Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
We śnie bogini...


Księga gości
Wpisz się
Zobacz

Archiwum

"Po Drugiej Stronie Gór" (nowa wersja)
rozdział I

"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział II
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział III
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział IV
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział V
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział VI
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział VII
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział VIII
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział IX
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział X
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział XI
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział XII
"Po Drugiej Stronie Gór" rozdział XIII

Klaus i Trudi

"Historia Nimleth i Gharra"

"Po Drugiej Stronie Gór" (stara wersja) cz.
I

"Po Drugiej Stronie Gór" cz. II
"Po Drugiej Stronie Gór" cz. III
"Po Drugiej Stronie Gór" cz. IV
"Po Drugiej Stronie Gór" cz. V



Linki

Moje
Niezapominajka
mój pierwszy blog

Kaczogród

Lily
takie sobie wynurzenia...

Oceny
Poczochrane
Najlepsze oceny w sieci.

Gildia Białego Kruka

Marking Stories

Pastwisko
tu my oceniamy książki

Przyjaciele
Piórem i Pazurem
Opowiadania Zebrane niejakiej Traq.

Och, Sev!

Żona dla Śmierciojada

Industrial Diseases

Dyskretny Urok Smoków
Kroniki Silv, pióra RinVa.





Bloguj.Net
4/06/2010 22:57:31
Ojoj...

Naprawdę będzie ciąg dalszy. Jak tylko przeżyję sesję...
No i dlaczego nie znika ten pomarańczowy pasek mp3?!

[komentarzy 2] Komentuj









~Świt...










16/07/2009 15:46:57
Ekhym...
Że już?! Albo na eblogu dłużej można się obijać, albo ja ostatnio już całkiem straciłam rachubę czasu... Oczywiście, że nowy rozdział będzie, choć nie ukrywam, że w kolejności Sny są trzecie i może to jeszcze chwilkę potrwać... Oj, rozleniwiłam się ostatnio nieludzko... [komentarzy 5] Komentuj









~Świt...










14/05/2009 16:37:18
Rozdział XIII
Dagmara leżała przy ognisku, otulona kocami i szczękała zębami z zimna, w związku z czym siarczyste "krebst" brzmiało jeszcze twardziej, zmieniając się w "krrrybst". Różne inne słowa (oraz wyrażenia) też brzmiały znacznie bardziej jadowicie, niż zazwyczaj. Powodem tego było zakażenie, rozwijające się w rozerwanym policzku.Postępowało niepokojąco szybko - rankiem tego dnia, kiedy zjechały z "grzebienia" już wiedziała, że będzie chora, po południu nie miała siły unieść plecaka, a teraz... W dodatku była całkowicie zdana na te dwie wariatki, przez które w ogóle się tu znalazła. Nienawidziła chorób, a kiedy już spadła na nią taka klęska, wolała nie mieć przy sobie nikogo, może z wyjątkiem babki. Zaszywała się wtedy w odludnym miejscu (najchętniej u seniorki) i sama zwalczała chorobę - była jak dzikie zwierzę, obawiające się napaści w chwili słabości.
W tym beznadziejnym kraju ognisko musiały rozpalić z jakichś kruchych "habaziów" i cały czas trzeba było uważać, żeby lodowaty wiatr (dlaczego wszystko jest takie zimne?!) nie rozniósł ognia po całej tej wielgaśnej łące. Na domiar złego ciągle była zmuszona oglądać rozanieloną gębusię Magdy, która zdawała się nie czuć mrożących krew w żyłach powiewów. Ulka przestała gadać do siebie, więc najwyraźniej jej niewidzialna przyjaciółka się ulotniła. Nic dziwnego - gdyby ona, Dagmara, doprowadziła do takiej sytuacji, też starałaby się zniknąć najszybciej, jak to możliwe. Zakładając, oczywiście, że to coś w ogóle istniało.
Nawet ten niewdzięcznik, Dag, jej imiennik przecież, zamiast położyć się jej na plecach i posłużyć za dodatkowy koc, wolał łapać łażące w wysokim trawsku robale. Żadnego pożytku! Wiedziała, że trzeba było szczeniaka utopić.

Magda i Ula były mocno zaniepokojone stanem towarzyszki podróży, i nic dziwnego - nie miały pojęcia, gdzie znajduje się najbliższa osada ludzka, nie wiedziała tego nawet Dagmara, która otrzymała od rodziców ręcznie narysowaną mapkę najkrótszej trasy od wyjścia z tunelu do rodzinnego miasta. Nawet fakt, że była to stolica kraju (Dagna podkreślała to z dumą) nie mógł im teraz pomóc, bo nie było kogo zapytać o drogę.
- Annanii się nie pokazała?
- Nie - mruknęła cicho Ula.
- Nie martw się, na pewno nic się jej nie stało - Magda odgadła myśli przyjaciółki. - Przecież wiatru nie można skrzywdzić. Niepokoję się raczej Dagmarą. Nie darzę jej sympatią, mówiąc łagodnie, ale jak pomyślę, że mogłaby... W dodatku nie poradzimy tu sobie same.
Ula nie odpowiedziała, natomiast pochyliła się nagle i zerwała garść jakichś liści.
- Pomoże - wymruczała. Magda spojrzała na nią z podziwem, bo dla niej wszystkie tutejsze rośliny wyglądały obco, co zresztą w pewien sposób ją cieszyło. Tylko że nie potrafiłaby zrobić z nich użytku.
- I co z tym trzeba zrobić? - spytała, zaciekawiona. - W ogóle, skąd wiesz?
- Okłady z naparu. To tak jakoś pachnie...
- Jesteś niesamowita!

Zagotowanie wody na symbolicznym doprawdy ogienku trwało potwornie długo, podobnie jak parzenie liści, które po wrzuceniu do wrzątku faktycznie "tak jakoś pachniały" - wydzielały silny odór zgnilizny.
- No proszę, cicha Ula straciła cierpliwość i postanowiła mnie wykończyć swoimi cichymi metodami - stwierdziła Dagmara, na co Magda rzuciła się bronić dobrego imienia przyjaciółki. Zapowiadało się na kolejną kłótnię, ale rozerwany policzek zmusił Dagnę do trzymania języka za zębami. Zresztą wraz z odejściem dnia na równinę spływała wygładzająca kontury szarość, zimny wiatr wzmógł się, a chłód i nieprzyjemne wrażenie samotności sprawiły, że wszystkie trzy zapragnęły być blisko siebie. Dag popiskiwał cicho, leżąc na kolanach u Magdy.
Ulę obudził krzyk przyjaciółki. Otworzyła oczy, ale to też musiał być sen, bo na niebie ujrzała dwa księżyce, które jednak wyglądały zupełnie obco - idealnie okrągłe, z pionowymi, czarnymi ranami po środku. Pochylały się nad nią, zbliżały coraz bardziej, niczym potworne oczy, aż nagle wszystko się odwróciło i znalazła się po drugiej stronie, spadała (unosiła się?) w czarne niebo, coraz bardziej oddalając się od spadających na ziemię księżycowych oczu...

Obudził ją, tym razem naprawdę, powiew ciepła i głuchy warkot Daga. Niebo rozświetlał zwykły, "nadgryziony" z jednej strony księżyc. Na tle srebrnej równiny wyraźnie odcinały się czarne kontury człowieka, stojącego z rozłożonymi ramionami. Był wysoki jak mężczyzna, ale długie włosy i suknia z luźnymi rękawami sugerowały, że to kobieta. Zaskoczona Ula odruchowo chciała się cofnąć. Wtem poczuła, że powietrze ją pali i zobaczyła we włosach błękitne płomyki.
- Przesuń się tam, gdzie byłaś - odezwał się człowiek i mimo przerażenia Ula zauważyła, że głos miał zdecydowanie męski. Rozejrzała się i zobaczyła, że Magda i Dagmara śpią, nieświadome, że dzieje się coś niezwykłego.
- Magda... Magda! - szepnęła, pociągając przyjaciółkę za rękaw.
- Nie obudzisz ich, dopóki nie wstanie dzień - usłyszała głos obcego. - Nie martw się o nie. Śpij. I weź zwierzę.
Rozejrzała się za Dagiem, znajdując go dzięki temu, że wciąż głucho powarkiwał - trzymając w pysku skraj dziwnego ubrania nieznajomego.
- Przepraszam! - wyszeptała tak cicho, że tamten i tak jej nie usłyszał. Odciągnęła wilczka i posłusznie skuliła się na ziemi, choć wiedziała, że nie zaśnie. I trwali nieruchomo aż do rana - mężczyzna z szeroko rozłożonymi ramionami i dziewczyna z otwartymi oczyma. Nie zamienili już więcej ani słowa.

Rankiem oczywiście wszystko się zmieniło. W momencie, w którym zza pobliskich grzbietów gór wychynęła złota twarz słońca, obcy opuścił ramiona i usiadł w trawie. Jeszcze chwila - i obudziły się pozostałe dziewczyny.
- Ua... Śniły mi się dwa księżyce z dziurami. - przeciągnęła się Magda. Dagna była bystrzejsza.
- Coś ty za jeden? - burknęła niewyraźnie, bo policzek wciąż był spuchnięty i trochę obolały - Facet w kiecce.
Ula zaczerwieniła się z przykrości, bo chociaż w nocy człowiek przestraszył ją bardzo, czuła, że nie zasłużył na takie traktowanie. Zresztą nie było chyba ludzi, którym Ula życzyłaby spotkania z Dagmarą w złym humorze.
Teraz, w świetle dnia, po raz pierwszy mogła zobaczyć jego twarz - podłużną, harmonijną, o głęboko osadzonych, czarnych oczach i wąskich ustach. Długie, krucze włosy związane miał w koński ogon, opadający aż do pasa, a krótsze kosmyki luźno otaczały twarz, czyniąc ją nieco okrąglejszą. Na obcesowe pytanie Dagmary speszył się nieco - jego oczy szybko przesunęły się po ich twarzach, aż zatrzymały się na Magdzie i wpatrywały się w nią przez chwilę badawczo.
- Dlaczego wróciłaś? - spytał. Magda wlepiła w niego nierozumiejące spojrzenie.
- Pomyliły ci się osoby. Ona tu nigdy nie była - uświadomiła go Dagna, chociaż wrażliwa na tego rodzaju szczegóły Ula zauważyła, że jej głos nie brzmiał całkiem pewnie. - Natomiast ja byłam tu kiedyś, ale nic ci do tego.
Mężczyzna pokręcił głową, wciąż patrząc na Magdę.
- Może nie pamiętasz. Nikt ci nie mówił, nie ostrzegał? Po co tu przyszłaś?
- Bo to maniaczka. Chciała zobaczyć coś bardziej płaskiego, niż jej biust - wyjaśniła Dagna, wyraźnie obrażona tym, że się ją pomija w konwersacji.
- Mogłabyś przestać odpowiadać za mnie?! - zdenerwowała się wreszcie młodsza dziewczyna. - A ten tekst już od dawna nie jest dowcipny! Bardzo przepraszam - tu zwróciła się do nieznajomego - ale wątpię, żebym tu kiedyś była. Wszyscy wiedzą, że moi rodzice od zawsze mieszkali na Cichej Hali, w górach. Tak samo dziadkowie i pradziadkowie...
- To nie są twoi prawdziwi rodzice.
- Bzdury gadasz! - zdenerwowała się Magda. - Oczywiście, że są! Przyszłam tu ze zwykłej ciekawości.
- Oraz dlatego, że panicznie boisz się gór - dodała zdradziecko Dagna.
- To niczego nie dowodzi!
- Niczego, z wyjątkiem twojego tchórzostwa. Ja się nie boję.
- Bo nie masz wyobraźni!
- Lepiej nie mieć wyobraźni, niż mózgu...
Mężczyzna próbował się wtrącić i coś powiedzieć, ale one zignorowały go kompletnie, zajęte własną kłótnią. Rozpaczliwie szukając oparcia, zwrócił się do stojącej trochę z boku, zaczerwienionej z przykrości Uli.
- Niedaleko czeka na mnie towarzysz... On chyba lepiej sobie z nimi poradzi - mruknął. - Pójdziecie ze mną?
Dziewczyna bez słowa skinęła głową. Ostatnie słowa usłyszała też Dagmara. Obrzuciła go taksującym spojrzeniem.
- Może byś się chociaż przedstawił?

[komentarzy 11] Komentuj









~Świt...










14/05/2009 16:36:12
Rozdział XII
"Nie chce mi się" - to stwierdzenie było najczęstszym, jakie słyszała Ula od dnia, w którym przekroczyły lodowiec. Chyba wszystkie trzy podświadomie oczekiwały, że po pokonaniu TAKIEJ przeszkody coś się wreszcie stanie, nastąpi jakiś przełom, góry urwą się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i monotonna wędrówka dobiegnie końca. Tymczasem zamiast idealnie płaskiego terenu (który każda wyobrażała sobie inaczej) wciąż otaczały je znajome stromizny. Zniechęcenie Dagmary dawało się mocno we znaki, bo brak sukcesów w dziedzinie przewodnictwa odbijała sobie na terenie słownych przepychanek, co z kolei doprowadzało Magdę do stanu dojrzałej purchawki, gotowej wybuchnąć za najlżejszym dotknięciem. Jeżeli młodzież z Cichej Hali wybierała się na kilkudniowe wędrówki po górach, z zasady nie trwały one dłużej, niż dwa tygodnie i miało to swoje uzasadnienie - dwa tygodnie były maksymalnym czasem, przez jaki taka wyprawa sprawiała przyjemność. Potem spanie pod gołym niebem lub w prowizorycznych szałasach, jedzenie niedbale przygotowywanych posiłków, całodzienne marsze i trudności w zachowaniu higieny doprowadzały do coraz częstszych spięć między członkami wycieczki, a przyjemność stawała się udręką, wobec której zaczynało się tęsknić do pracy w polu. Wyglądało na to, że dla Dagmary i Magdy nadszedł właśnie ten krytyczny moment.
Jeżeli chodziło o Ulę, najbardziej przeszkadzało jej towarzystwo. Starała się nie słuchać narzekań, w związku z czym w końcu Magda się na nią obraziła. Uli było z tego powodu przykro, ale nic nie powiedziała. Korzystając z chwilowego braku opieki, coraz częściej wymykała się wieczorami i rankami na samotne spacery. Wydłużał się czas, jaki mogła na nie poświęcać, bo po początkowej gonitwie tempo marszu z dnia na dzień malało i tak o ile kiedyś szukały miejsca na postój, jeżeli nie mogły już dłużej iść, teraz zostawały w pierwszym miejscu, które przypadało im do gustu. Wczoraj było podobnie - zatrzymały się w sosnowym lasku, pomimo, że zaledwie kilkanaście minut dzieliło je od przekroczenia grzbietu i żadna nie raczyła zwrócić uwagi na zachrypnięty szept Uli, kiedy ta sugerowała, że po drugiej stronie miałyby dłużej słońce. Tak... Wieczorem myślała, że to z lęku przed ciemnością tak bardzo pragnie przejść przez grzbiet. Długie, dziwacznie powyginane cienie sosen budziły w niej irracjonalny niepokój. Lasek sosnowy... Musiały zajść całkiem daleko na południe, bo w okolicach Cichej Hali sosny występowały tylko pojedyńczo i najczęściej w formie pokręconych, karłowatych krzaków kurczowo trzymających się szpar w skałach, tak wąskich i jałowych, że wzgardzonych nawet przez świerki. Jednak kiedy obudziła się następnego ranka, jej ciekawość nie zmniejszyła się. Świt nie przypominał wczorajszego wieczoru, ciepłego, przeszytego ostrymi promieniami słońca i czarnymi tyczkami cieni. Teraz nie było widać kontrastu, wszędzie przetaczały się identyczne, szare chmury i chociaż nie padało, mgła osiadała na twarzach wilgotnym, chłodnym welonem. Mimo tego Ula nawet nie próbowała rozpalić ogniska, złożyła tylko starannie koce i ruszyła w górę. Po kilkunastu minutach była już na przełęczy, a tam...
Dolina kryła się częściowo w niskich chmurach, Ula jednak domyślała się, że spływa w dół niezwykle łagodnie. Drzewa rosły przede wszystkim na obrzeżach, w centrum rozciągała się ciemnozielona, żyzna łąka, w słoneczne dni lata mieniąca się zapewne kolorami niezliczonych kwiatów. Ale to nie łagodny spadek doliny zaskoczył dziewczynę najbardziej, a jej mieszkańcy. Bo dolina nie była pusta, bynajmniej. W pierwszej chwili Uli wydawało się, że przebywających w niej istot jest nieskończenie wiele i są nieskończenie różnorodne, bo bezustannie się poruszały i przekształcały. Przez chwilę wodziła wzrokiem za małą dziewczynką o skórze barwy rtęci, czarnych, kręconych włosach i wielkich, szarobrązowych skrzydłach ćmy. Te ostatnie stawały się coraz bardziej postrzępione i skórzaste, twarz wydłużała się, a cała postać kurczyła. Oto szarozielona jaszczureczka o podłużnym pyszczku unosiła się na błoniastych skrzydłach, ale już jej kontury rozmywały się. Istota zniknęła, ale nie na długo, po kilkunastu sekundach Ula wyłowiła rtęciową dziewczynkę z tłumu o jakieś sto metrów dalej, po czym dziewczynka zniknęła, znów pokazała się na wolnej przestrzeni, zniknęła, pojawiła się jako uskrzydlona jaszczurka, która zaraz znów się rozpłynęła.
- Co ty tu robisz? - Ula drgnęła, przestraszona, bo dziewczynka o skórze koloru rtęci była tuż przed nią i przyglądała jej się z ciekawością wielkimi, brązowymi oczami, lśniącymi w okrągłej twarzyczce o nosku jak kartofel. Ogromne skrzydła zasłoniły dolinę, ich wzór stale się zmieniał.
- Patrzyłaś na mnie cały czas! Skąd wiedziałaś, gdzie będę? W ogóle, widzisz nas wszystkich, czy tylko mnie?Ula nie potrafiła zdobyć się na odpowiedź. W czasie tej krótkiej przemowy dziewczynka dwa razy zmieniła się w uskrzydloną jaszczurkę i raz zniknęła, ale nawet wtedy słychać było jej podniecony głosik. W jaki sposób?...- Hej! Może byś mi odpowiedziała? Skąd się tu wzięłaś? Jesteś sama? No, nie patrz tak na mnie, nie zjem cię! A, przepraszam, nie przedstawiłam się... Jestem Annanii. Masz jakieś imię? Jakie?
- U... Ula - wyjąkała dziewczyna, czując się dość dziwnie, bo Annanii akurat zniknęła. Poczuła coś jakby ciepły powiew i tuż przy uchu usłyszała głos:
- Co masz na palcu? Ale dziwne!
Urszula spojrzała i uśmiechnęła się. Na serdecznym palcu nosiła pierścionek ze specjalnego gatunku trawy, która, zapleciona w zwykły warkoczyk i związana, zrastała się, stawała się elastyczna i bardzo trwała. Na pewno byłaby powszechnie wykorzystywana na Cichej Hali, gdyby nie to, że rosła tylko w jednym miejscu - była to skalna półka na wschodniej ścianie Czernicy, tak samo trudna do zdobycia od góry, jak i od dołu. Pierścionek zrobił dla niej Aleks i Ula była do niego bardzo przywiązana.
- To skarb, który dostałam od przyjaciela - wyjaśniła jaszczureczce, która przysiadła na jej ramieniu.
- Musi cię bardzo lubić, prawda? Czy on jest tutaj razem z tobą? Co ludzie z równin robią tak daleko w górach? Ktoś was goni? - Ciemne oczy dziewczynki lśniły podnieceniem, zadawała tysiące pytań i wciąż zmieniała kształt. Ula stwierdziła, że nawet jeżeli akurat nie przekształcała się w coś innego, to i tak wzór na skrzydłach ćmy czy faktura jaszczurczej skóry zdawały się cały czas poruszać. Nie sposób było oderwać od niej oczu. Pomimo tego Ula natychmiast zwróciła uwagę na istotny szczegół.
- Z równin...? My nie jesteśmy z równin... Idziemy tam, ale nie znamy drogi.
- Naprawdę? To super!!! - ucieszyła się szczerze Annanii. - Mogę was zaprowadzić! To wcale nie jest daleko, dla ludzi najwyżej trzy dni!
Ula nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Teraz dziewczyny nareszcie przestaną się tak strasznie kłócić, wszystkim poprawią się humory, skoro cel jest tak bliski.
W obozie panował raczej ponury nastrój, związany między innymi z tym, że wychodząc nie rozpaliła ogniska, a przecież mogła. Gdyby nie sensacyjna wiadomość i obecność pewnej siebie, wesołej Annanii, nie odważyłaby się otworzyć ust, jednak teraz była tak podniecona, że zapomniała o nieśmiałości. Jej entuzjazm trafił na nieoczekiwaną przeszkodę - okazało się, że żadna z towarzyszek nie widzi i nie słyszy Annanii. Tej ostatniej strasznie się to podobało i zaraz zaczęła latać dookoła dziewczyn, robiąc śmieszne grymasy i klaszcząc im przed twarzami, tak że Ula z trudem powstrzymywała śmiech, starając się wszystko wytłumaczyć i przekonać, że nie wymyśliła sobie niczego. W końcu zauważyła, że Annanii ma jednak na nie jakiś wpływ - kiedy szarpała je za włosy, czuły to, mrużyły też oczy, kiedy klaskała im przed twarzami. Spróbowała uczepić się tego i nareszcie zaczęła się domyślać, kim może być dziwna dziewczynka.
- Nikt nie dotyka moich włosów - tłumaczyła Magda. - To tylko ten ciepły wiatr.
Dokładnie tak, wiatr. Nie dziewczynka i nie jaszczureczka były prawdziwymi postaciami Annanii, tylko ruch ciepłego powietrza, kiedy nie było jej widać. Dagamra długo była nieprzekonana, ewentualnie udawała taką, żeby nie przyznać, że Ula może widzieć coś, co jest zakryte przed jej wzrokiem, ale z Magdą poszło znacznie szybciej - wystarczyło udowodnić, że naprawdę wie się, gdzie pojawi się zaraz ciepły wiatr. Magda była skłonna uwierzyyć we wszystko, jeżeli miało jej to pomóc w dotarciu do celu. Zaraz też zapomniała o tym, że przecież była obrażona, rzuciła się przyjaciółce na szyję i zanim ktokolwiek się obejrzał, była już gotowa do drogi, a Dag wesoło merdał ogonkiem w jej ramionach.
- Obie jesteście szalone - stwierdziła lodowato Dagmara, jednocześnie wyrywając Magdzie swój koc. - Łapy z daleka od moich rzeczy, nie pozwolę, żeby wylądowały na dnie jakiejś przepaści, kiedy zwykły wiatr każe się wam tam rzucić.

- Myślałam, że jesteś tu razem z przyjacielem, który dał ci pierścionek. On by mnie na pewno mógł widzieć - paplała Annanii. - Nie tak jak ta ruda małpa i napuszona sowa!
- Małpa?
- Takie zwierzę, podobne do niej, tylko trochę mniejsze - rozległ się srebrzysty śmiech. - Ale tu ich nie spotkacie, żyją w wielkim lesie na samym południu, daleko stąd. Ja wszędzie bywam, wiesz? Jestem bardzo szybka, gdybym chciała, mogłabym przynieść ci trawkę z równin i nie byłoby mnie najwyżej pół godzinki! Tylko ten z morza bywa szybszy odemnie, bo ma więcej płaskiego terenu, żeby się rozpędzić. Morze to taka olbrzymia woda, ale pewnie jej nie zobaczycie, bo jest jeszcze dalej, niż małpy!
- Zapytaj ją, czemu nie idziemy doliną, tylko tym grzbietem. Nie podoba mi się, że jest taki wąski - mruknęła Magda, z niepokojem rozglądając się na boki. Rzeczywiście, otaczające je góry były trochę inne niż te, do których przywykły. Zniknęły potężne, przysadziste masywy, a zastąpiły je wąskie, skalne grzebienie, na których rosła głównie trawa i gdzieniegdzie liściaste krzewy. Miały one po siedemset, osiemset metrów i prawie od samego dołu do zaokrąglonego grzbietu były tej samej szerokości - nie więcej niż dziesięć metrów. Przywodziły na myśl ściany olbrzymiego labiryntu. Magda dostawała dreszczy na myśl o tym, że gdyby poranne chmury nie zostały za nimi, mogłyby w ogóle nie zauważyć zmiany w krajobrazie. Któraś skręciłaby między krzaki i nawet by nie zauważyła, że nie ma już ziemi pod stopami.
- Annanii mówi, że tam w dole są bagna, bo woda nie bardzo ma gdzie odpływać. Utopiłybyśmy się.
- Gdybyś była bystrzejsza, sama byś to zauważyła - wtrąciła swoje Dagmara. Wciąż była nieprzekonana i dawała do zrozumienia, że jej zdaniem Ula sama postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, a zmiennokształtna dziewczynka jest tylko wybiegiem, mającym jej pomóc przezwyciężyć nieśmiałość. Fala ciepłego wiatru uderzyła ją w twarz, aż musiała się cofnąć, ale przecież w górach gwałtowne porywy nie są niczym nadnaturalnym, prawda?

W czasie tej wędrówki najbardziej przerażające były nagłe wzniesienia terenu. Często na stosunkowo krótkim odcinku różnice wysokości wynosiły do stu metrów i trzeba było się wspinać z użyciem haków. Magdzie wydawało się wtedy, że wisi tuż nad przepaścią i zaraz runie w dół, a nawet Uli zdarzało się czuć niepewnie - co innego wspinać się i mieć pod sobą "zwykłą" pionową skałę, a co innego kawałek zielonej łączki, która mogłaby być całkiem przyjemna, gdyby nie dręczące przekonanie, że spadający człowiek w żaden sposób nie zdoła się na niej zatrzymać. Jednak poza tymi momentami podróż była łatwiejsza niż dotychczas, bo prowadziła po prawie płaskim terenie i nie musiały schodzić w głębokie doliny, a następnie wdrapywać się kilometr lub więcej pionowo do góry.

Kiedy zobaczyły cel swojej wędrówki, zapadał właśnie wieczór. Góry rzeczywiście kończyły się prawie jak ucięte nożem - nagle u ich stóp pojawiły się kilkunastometrowe najwyżej wzniesienia, a dalej widać było olbrzymią, rozciągającą się aż po horyzont łąkę. Pomarańczowa twarz zachodzącego słońca zdawała się uśmiechać obiecująco do zachwyconej Magdaleny, która nagle poczuła, że po twarzy spływają jej łzy wzruszenia. W ciemnych dolinach po obu stronach "grzebienia" gromadziły się ponure, wieczorne mgły, ale tam, przed nią, wciąż było jasno, jasno, jasno...
Dagmara zareagowała zgoła inaczej. Nagle zaczęła się śmiać tak bardzo, że aż usiadła na ziemi i przez dłuższą chwilę nie mogła nic wykrztusić. Kiedy jednak nareszcie się odezwała, w jej słowach trudno było doszukać się zachwytu.
- Toście wykombinowały! Brawo, Ula, brawo! Zaczynam wierzyć, że naprawdę prowadzi cię uskrzydlona pannica. Po prostu cudownie. Domyślam się, że w programie naszej wycieczki było tylko podziwianie krajobrazu, prawda? Moja wina, że nie przeczytałam dokładnie, co? A to paradne!
- Mogłabyś łaskawie wyjaśnić, o co ci chodzi? - spytała Magda, szybko ocierając rękawem łzy i odwracając się. - Co ci znowu nie pasuje?
- Jeszcze nie zauważyłaś? No cóż, nie mogę powiedzieć, że to dla mnie zaskoczenie. Spójrz w dół, dziecino! Z tej skały nie zejdziemy nawet z pomocą haków! Możesz do woli patrzeć na tamten świat, ale nigdy się tam nie dostaniesz! - znów wybuchnęła drwiącym śmiechem.
Tak właśnie było. Magda wiedziała, że z tego czegoś nigdy nie odważy się spuścić na hakach - co innego granit czy twardy lód, ale grzebienie zbudowane były ze znacznie bardziej kruchej skały, w dodatku na jednej czwartej wysokości pokrytej cieniutką warstwą gleby, wystarczającą, żeby rosły na niej śliskie trawy i niewielkie krzewy o szerokim, lecz płytkim systemie korzeniowym. Nic, za co możnaby się chwycić. Nic.
Rozpaliły malutkie ognisko, ale nikt nie miał ochoty rozmawiać, bo nawet Dagmara, choć w życiu by się do tego nie przyznała, miała nadzieję, że osiągną cel. A teraz... Pozawijane w koce, leżały bez słowa, odwrócone od siebie plecami. Magda cicho płakała z twarzą wtuloną w puszyste futerko wilczka, Dagna gniewnie wpatrywała się w ciemność przed sobą. Nawet Uli było ciężko na duszy - zupełnie, jakby zawiodła. Annanii fruwała gniewnie nad obozowiskiem, obrażona, że nie doceniły jej starań. Przez cały czas mogły się wspinać, więc dlaczego teraz nie? Dla kogoś, kto może do woli unosić się w powietrzu, ten problem był nie do pojęcia.
Sen... Magda nawet nie wiedziała, kiedy do niej przyszedł. Chwilę wcześniej widziała jeszcze obryziony na zawsze księżyc, a po sekundzie to nie był księżyc, tylko wąskie, srebrne źrenice, otoczone czarnymi tęczówkami. Małe, jasne plamki były nieustannie wciągane w głąb źrenic i zrozumiała, że tak naprawdę to dwie szpary, przepaście w które spada - jest tylko jedna, ale w dwóch osobnych przestworzach srebra, z rozgwieżdżonym niebem na dnie... Obudziła się gwałtownie pod wpływem wstrząsu i zobaczyła, że Dagmara i Ula też nie śpią - jedna pośpiesznie zbiera swoje rzeczy do plecaka, a druga rozmawia najwyraźniej z Annanii. Dag wciąż leżał przy swojej pani, ale z jego gardła wydobywało się ciche powarkiwanie. Ziemia leciutko drgała.
- Co się dzieje?!
- Spytaj swoją nawiedzoną przyjaciółkę! - warknęła Dagna. - A najlepiej nie trać czasu, tylko zbieraj klamoty! Lepiej będzie, jak się trochę cofniemy.
Magda, nie na żarty przestraszona, zerwała się natychmiast, ale nic już nie zdąrzyła zrobić.Przez środek obozu przeskoczyła rozszerzająca się gwałtownie szczelina, połykając ognisko, po czym cały stok runął w dół, porywając ze sobą trzy dziewczyny. Ula poczuła szarpnięcie, kiedy Annanii próbowała ją unieść, huraganowy powiew ciepłego wiatru, ale nawet to było niewystarczające, więc krzyknęła "puść!" w obawie, że i tamtą przysypie. Nie miała pojęcia, czy wiatr może zostać zasypany i nie chciała tego sprawdzać. Magda próbowała się czegoś chwycić, ale nie było czego, leciały z przerażającą prędkością w dół, potrącane przez bryły ziemi, to wciągane pod spód, to znów wyrzucane na wierzch. Wydawało się, że trwa to wciąż i wciąż, od wieków, nieskończenie i niezmiennie, tylko coraz szybciej i szybciej... Aż zaczęło zwalniać.

Magda przez dłuższą chwilę leżała bez ruchu, oszołomiona. Bała się otworzyć oczy, żeby nie okazało się, że wisi gdzieś nad przepaścią i czuła, że jej niedobrze ze strachu. Gdzieś obok coś się poruszyło i po chwili podpełzł do niej Dag, popiskując cicho. Niepodal usłyszała przestraszony głos Uli.
- Magda? Magda, Dagmara, żyjecie? Magda... - Ula była ewidentnie przerażona i Magda zmusiła się do otwarcia oczu, żeby jej nie straszyć dłużej. Nie wisiały nad żadną przepaścią. Za plecami miały olbrzymią górę żwiru i kamieni, z którymi się obsunęły, a przed sobą srebrną łąkę, falującą pod uderzeniami porywistego wiatru. Obgryziony na zawsze księżyc lśnił niewzruszenie. Trochę poniżej Uli i Magdy zaczynała ruszać się Dagmara, przeklinając niewyraźnie, lecz zróźnicowanie i trzymając się za rozcięty brzydko policzek.
- Żeby was mór wydusił... - syczała. - Będę miała bliznę do końca życia...
Nieoczekiwanie Magdę ogarnął napad histerycznego śmiechu.
- To teraz już wiesz, jak zejdziemy na dół, bez pomocy haków! - wykrztusiła, zanosząc się nerwowym chichotem. - Ona do reszty zwariwała. Ulka, jak nie masz nic połamanego, to chodź tu i mi pomóż, trzeba to jakoś obwiązać...


[komentarzy 0] Komentuj









~Świt...










14/05/2009 16:35:22
Rozdział XI
Świt. Zimna, wściekle różowa kula słońca powoli wysunęła nos zza krawędzi horyzontu, zalewając chłodnym blaskiem olbrzymią równinę. Wywołując tajemnicze iskierki w kroplach rosy, drżących na łodyżkach traw.
Błękitnowłosego chłopca zbudził odgłos kroków. Natychmiast oprzytomniał, czujny niczym dzike zwierzę. Po chwili zorientował się, że jest sam, westchnął i usiadł, otoczywszy ramionami kolana.
- Mogłaś mnie obudzić - mruknął. - I powiedzieć, dokąd idziesz. Przecież wiesz, że nie lubię, kiedy tak znikasz. Niepokoję się o ciebie.
Przez chwilę siedział nieruchomo, po czym potrząsnął niecierpliwie głową, odrzucając z twarzy luźne kosmyki, które nocą wysunęły się z długiego warkocza. Prawie nie ruszając się z miejsca przygotował sobie śniadanie, przy czym jego ruchy były powolne i staranne, jakby wykonywał czynności, których dopiero niedawno się nauczył. Nagle drgnął, opalona na złoto, szczupła twarz pobladła lekko, wąskie usta zacisnęły się, tak że tworzyły teraz jedną, cienką linię. Dłoń odruchowo zacisnęła się na rękojeści krótkiego, szerokiego sztyleciku o ostrzu przypominającym kształtem płomień. Nadchodzili...?

Aleks i Złotilij obudzili się na długo przed wschodem słońca, ale mimo, że próbowali, nie zdołali ponownie zasnąć. - Wstajemy - zdecydował Aleks po jakiejś godzinie daremnego przewracania się z boku na bok. Szybko coś przekąsili i pozbierali koce, po czym dla Złotilija przyszedł ciężki moment - musiał pożegnać się ze swoim wielonogim przyjacielem. Zdjął go z ramienia, posadził na występie skalnym i przemawiał do niego cicho. Może umawiali się na spotkanie w drodze powrotnej? W końcu pożegnanie przerwał brutalnie zniecierpliwiony Aleks, wykazując się całkowitym brakiem zrozumienia dla uczuć młodszego towarzysza. Ruszyli w drogę, pod szybko szarzejącym niebem, zlewającym się momentami w jedno z to pojawiającą się, to znów znikającą mgłą. Jednostajnie wiejący, lodowaty wiatr szybko sprawił, że zaczęli drżeć.
Aleks nie marnował czasu, kiedy leżał bezsennie. Przemyślał sytuację, w której się znaleźli i doszedł do wniosku, że powinni kierować się cały czas w jednym kierunku, najlepiej na południe, a w końcu muszą trafić na miejsce zamieszkane przez ludzi. Był głęboko przekonany, że tam właśnie znajdą bez trudu Ulę, Dagmarę i Magdę.
Z ciekawością obserwowali ten nowy, dziwny świat, do którego trafili właściwie przypadkiem. Teraz, rankiem, nie wydawał się już aż taki wrogi i pusty jak wczoraj, chociaż trudno było nazwać go przytulnym. Zwłaszcza Złotilij szybko się poczuł jak w domu, bo wśród wysokich traw trafił na licznych przedstawicieli znanych sobie gatunków owadów, choć niektóre wyglądały nieco inaczej.
- Zobacz - zawołał, podnosząc coś. - To jest konik polny, ale nie ma skrzydeł, tylko takie jakby przyssawki na odnóżach i dzięki temu może się lepiej poruszać w tej trawie!
- Skoro nie ma skrzydeł, tylko jakieś przyssawki, to skąd wiesz, że to konik polny? - spytał sceptycznie Aleks. Złotilij wzruszył ramionami.
- Po prostu wiem, i tyle.
Niebo rozjaśniało się i błękitniało z każdą chwilą, aż w końcu zza horyzontu wychynęła okrągła tarcza słońca, znacznie wcześniej, niż się spodziewali, chociaż oddalające się z każdą chwilą góry i tak zahaczyły ich jeszcze swoim poszarpanym cieniem. Równina dopiero teraz zaczęła prawdziwie tętnić życiem. Co chwila z trawy zrywały się stadka jakichś małych, kolorowych ptaszków. Krążyły przez chwilę, ćwierkając krzykliwie, jak wróble lub wydając z siebie dziwne, melodyjne gwizdy, po czym znów znikały. Raz wyszli na rozległy obszar niskiej, intensywnie zielonej trawy, a daleko przed sobą ujrzeli grupę jakichś olbrzymich zwierząt, oddalających się szybko na południowy wschód. Skorzystali z okazji do przejścia po pastwisku, bo ubrania mieli już dokładnie przemoczone - trawa, sięgająca niekiedy wyżej niż do pasa, była wilgotna od rosy i ochoczo dzieliła się swoją wilgocią z podróżnymi.
- Za szybko idziemy, nie zdąrzyłem wyschnąć - stwierdził Złotilij, gdy znów zaczęli przedzierać się przez wysokie zielska.
Nagle zatrzymali się, zdziwieni, kiedy kilkanaście metrów przed nimi z trawy podniosły się dwa duże zwierzęta, podobnej wielkości i budowy, co spłoszone na pastwisku stado. Z bliska przypominały konie, ale jakieś dziwne, zupełnie inne, niż te na Cichej Hali. Miały dosyć rzadkie, proste grzywy i długie ogony, poza tym jednak wyglądały, jakby nie miały sierści, tylko lśniącą, gładką skórę. Ich nogi wydawały się zbyt długie i cienkie, przy czym stworzenia były ze dwa razy wyższe, niż normalne konie. Zwierzęta kręciły się niespokojnie, ale wydawało się, że nie zamierzają uciekać.
- Są oswojone - stwierdził tonem znawcy Złotilij. - Może ten, kto je oswoił, też jest w pobliżu i wskaże nam drogę!
- Uważaj. - Ostrzegł go sceptyczny Aleks - I postaraj się nie powiedzieć nic głupiego.
- Hej, hej! Jest tu kto? - zawołał Złotilij, ignorując jego uwagę i podbiegając w stronę zwierząt. - Cześć, nie wiesz...
Aleks przyśpieszył kroku, ciekaw, do kogo mówi młodszy towarzysz, gdy nagle poczuł lekkie szarpnięcie i tuż przy uchu usłyszał szept:
- Nie ruszaj się, bo cię zabiję.
Jednocześnie wąskie, trójkątne ostrze lekko ukłuło go w szyję. Zatrzymał się i podniósł ręce do góry, żeby było widać, że nie ma w nich broni.
- O co chodzi? - spytał spokojnie.
- Ja tu zadaję pytania - warknął dziewczęcy głos. Aleks zauważył, że niektóre słowa napastniczka wypowiadała dziwnie, zupełnie inaczej, niż na Cichej Hali. - Czego od nas chcecie?
- Szukamy drogi do ludzi...
- A co, dotąd żyliście wśród zwierząt? - przerwała mu ironicznie.
- Nie. W górach.
- Kłamiesz. Tam się nie da żyć.
- Bzdura.
- Bzdurą to jest twoja bajka. Kto tym razem was przysłał? Mów, bo cię zabiję!
- Nikt nas nie przysyłał i nic do ciebie nie mam. Szukam przewodnika, bo jesteśmy tu po raz pierwszy. Nie wiem, kim jesteś.
- To by dopiero było święto, gdybyś wiedział. Przecież to nie ja was interesuję - parsknęła.
Aleks rozglądał się niespokojnie, bo jakoś znikł mu z oczu Złotilij. Dziewczyna milczała przez kilkanaście sekund, a jemu zaczęły drętwieć uniesione ręce. W końcu najwyraźniej zwyciężyła w niej ciekawość.
- Naprawdę jesteście z gór?
- Tak. Tam żyje dużo ludzi. Niektórzy przyszli stąd.
- Nawet mówisz trochę dziwnie... Czemu tu przyszliście? Dla zmiany klimatu? - zadrwiła.
- Szukamy kogoś. - Natychmiast wyczuł, że ją to zaniepokoiło. Ostry koniuszek sztyletu delikatnie zaciął skórę na szyi, aż popłynęło kilka kropel krwi.
- Więc jednak? Kogo?
- Trzech dziewczyn, też z gór. Musiały tu dotrzeć trochę przed nami...
- Ziemia Wiatrów jest nowym kurortem wypoczynkowym?
- Nie. Jedna z nich pochodzi stąd i ma tu rodzinę. - Wolał nie ryzykować po raz drugi, najwyraźniej szukanie kogokolwiek nie było mile widziane Po Tej Stronie Gór.
- A wy co? - spytała krótko.
- Mieliśmy im towarzyszyć. Rozdzieliliśmy się - powiedział, nie całkiem zgodnie z prawdą. - Może byś mnie wreszcie puściła?
Poczuł silne pchnięcie w plecy, a jednocześnie sztylet odsunął się od jego gardła. Odwrócił się. Przed nim stała średnio wysoka dziewczyna, wyglądająca na niewiele starszą od Uli. W zasadzie gdyby nie głos, mógłby wziąć ją za ładnego chłopca. Jasnobrązowe, matowe włosy miała krótko obcięte, nie dłuższe niż jego, a ubrana była po męsku - w obcisłe, brązowe spodnie i zieloną koszulkę z krótkim rękawem, z materiału przypominającego nieco wełnę, ale znacznie cieńszego i chyba miększego. Miała drobną, raczej okrągłą twarz z prostym nosem i nie była specjalnie ładna. Wąskie, szare oczy wpatrywały się w niego podejrzliwie. Przez moment odniósł wrażenie, że dziewczyna coś mu przypomina, ale musiało to być złudzenie.
- Jesteś przystojny... Prawie jak mój koń - stwierdziła, chyba dla samej przyjemności dokuczenia mu. Wzruszył ramionami, nie miał ochoty na przekomarzanie się z dzieciakiem.
- Gdzie mój towarzysz? - spytał.
- Zaraz. Zostań tu, i żebyś nie ważył się ruszyć, jasne?

Złotilij podbiegł do koni i zobaczył klęczącego przy nich chłopaka mniej więcej w swoim wieku, wpatrującego się w niego dziwnymi, bardzo jasnymi i zupełnie nieruchomymi oczyma.
- Cześć, nie wiesz... - zaczął, ale tubylec najwyraźniej nie zamierzał czekać, aż skończy. Skoczył na zaskoczonego Złotilija, przewracając go na ziemię i przyciskając mu do gardła dziwaczny nóż o ostrzu w kształcie płomienia. - Nie ruszaj się - syknął. - Jeżeli wyczuję próbę ruchu, natychmiast cię zabiję. Bez wahania.
Przez cały ten czas wzrok napastnika wydawał się nieobecny, jakby pusty, wpatrywał się nieporuszenie w coś niewidocznego. jeżeli wyczuję... I nagle Złotilij zrozumiał, że chłopak jest niewidomy. Zapewne tylko zaskoczenie sprawiło, że poradził sobie tak łatwo. Jednak teraz miał znaczną przewagę i Złotilij nie miał odwagi, żeby się ruszyć. Słyszał opowieści o wyczulonym dotyku tych, których zawiódł wzrok i nie miał wątpliwości, że jeżeli spróbuje napiąć mięśnie, zaciśnięte na nadgarstku palce poczują to. Leżał więc i czekał na jego ruch, a chłopak także zdawał się na coś oczekiwać. Sytuacja zaczęła się robić dziwna. I właśnie wtedy, kiedy Złotilij zaczął się zastanawiać, czemu Aleks mu nie pomoże, bo przecież musi go widzieć, w zasięgu jego wzroku pojawiła się twarz młodej dziewczyny. Obserwował, jak jej wyraz przechodzi od niepokoju, przez zaskoczenie, do rozbawienia.
- Możesz go puścić, panie - zwróciła się do chłopaka. - Tym razem to chyba naprawdę nie oni.
Napastnik podniósł się i stanął koło dziewczyny - był od niej nieco niższy i miał drobniejszą budowę ciała. Nie powiedział "przepraszam", wydawał się w ogóle nie przejmować faktem, że przed chwilą groził poderżnięciem gardła niewinnemu człowiekowi.
- Ty tam, możesz podejść! - zawołała dziewczyna i po chwili dołączył do nich Aleks. - Więc, czego chcecie? - indagowała.
- Już ci mówiłem. Dojść do miejsca, gdzie mieszkają ludzie.
- Też mi informacja. Masz na myśli wieś, miasto...
- Co to jest miasto? - spytał Złotilij.
- Miejsce, w którym żyje więcej ludzi, niż ty widziałeś w całym swoim życiu. Więc?
Chłopcy spojrzeli po sobie niepewnie, a ona natychmiast to zauważyła.
- Dobra, myślę, że stolica najlepiej was oświeci w tym względzie, a w dodatku to stosunkowo niedaleko. Domyślam się, że nie macie koni? Możecie nam towarzyszyć... Przez pewien czas. Panie, pojedziemy na jednym koniu, jeśli pozwolisz - dodała tonem pełnym szacunku, ale wskazującym, że będzie właśnie tak, jak mówi.


# # #



Lodowiec podobał się Uli w świetle dnia tak samo, jak i wieczorem, chociaż teraz nieco uroku odbierał mu fakt, że, nadtopiony przez słońce, stał się śmiertelnie niebezpieczną ślizgawką. Wczoraj wieczorem wydawał się być idealnie gładką skorupą, jednak teraz widać było liczne szczeliny, często sięgające kilkuset metrów głębokości. Przyjaciółki starały się je omijać, ale raz trafiły na tak długą, że w końcu zdecydowały się na przejście po olbrzymiej bryle lodu, zaklinowanej tak, że przy odrobinie dobrej woli można ją było nazwać mostem. Pierwsza przeszła, rzecz jasna, Ula, potem Magda, a jako ostatnia Dagmara, która twierdziła, że w przeciwnym razie Magdalena na pewno by uciekła. Mina jej jednak zrzedła, kiedy w połowie drogi od przejścia oderwał się wielki kawał lodu. Długo spadał, zanim wreszcie usłyszały odległy huk.


# # #



Siwara i jej towarzysz najwyraźniej nie znali zwyczaju robienia przerw na obiad, bo jechali przez calusieńki dzień i zatrzymali się dopiero wtedy, kiedy słońce znów poczerwieniało. Szczygieł, jak nazywał się pożyczony wierzchowiec, nie potrzebował w zasadzie kogoś, kto by nim kierował, sam biegł tuż obok gniadosza Siwary. Aleks i Złotilij, nie przyzwyczajeni do jazdy konnej, czuli boleśnie każdy, nawet najmniejszy mięsień, nie wspominając już o tym największym, na którym siedzieli. W dodatku szumiało im w głowach od nieustająco dmuchającego, chłodnego wiatru. Można sobie wyobrazić, z jaką ulgą zsiadali. Złotilij potknął się, ale zaraz wyprostował z godnością, bo usłyszał ciche parsknięcie Siwary i jej szept, kiedy opisywała zdarzenie niewidomemu. Następnie oboje zgrabnie zeskoczyli na ziemię. Dziewczyna szybko, nie pozwalając sobie pomagać, rozłożyła zasłonę i po raz pierwszy od kilku godzin wiatr przestał im dokuczać.
- Tutaj zawsze tak wieje? - spytał Złotilij, pocierając dłońmi uszy.
- No wiesz, nie bez powodu nazywa się to Ziemią Wiatrów - wyjaśniła Siwara.
- Właśnie, że nie wiem, jak to się nazywa.
- Naprawdę?! Nie wiecie NIC? - dziewczyna wydawała się niezmiernie zdumiona. Aleks wzruszył ramionami.
- W tym rzecz, że nic. Mogłabyś nam opowiedzieć.
Zastanawiała się chwilę, patrząc na niego tak, jakby podejrzewała, że chce wyciągnąć z niej jakieś informacje. W końcu jednak łaskawie się zgodziła.
- Te ziemie, na których się znajdujemy, to właśnie Ziemia Wiatrów. Na zachodzie dochodzi do miejsca, gdzie nad morzem pojawia się pierwszy łańcuch górski. Dalej są tylko niedostępne góry, oczywiście o ile mi wiadomo. Na południe to państwo rozciąga się wzdłuż wybrzeży morskich, na północy ograniczają jego zasięg góry. Natomiast na wschodzie graniczy z Falą, państwem podobnej wielkości co Ziemia Wiatrów, z którym jesteśmy w tej chwili w stanie zawieszenia broni. Fala też sięga mniej więcej od gór do morza, a na wschodzie graniczy z Piaskowym Imperium, z którym prowadzi wojnę. No i jest jeszcze Rój, malutkie państewko, wciśnięte między góry, Falę, a Piaskowe Imperium, które jest olbrzymie, natomiast mieszka w nim stosunkowo mało ludzi, nie więcej niż jakieś osiemdziesiąt tysięcy...
- Osiemdziesiąt tysięcy?! - zakrztusił się Złotilij - Na świecie nie ma tylu ludzi!
- Głupi jesteś. Ziemia Wiatrów ma coś koło dwóch milionów mieszkańców. - chwalenie się swoją wiedzą ewidentnie sprawiało dziewczynie przyjemność. Natomiast jej towarzysz sprawiał wrażenie zaniepokojonego, w końcu delikatnie szarpnął ją za nogawkę.
- Siadaj - mruknął. Spojrzała na niego i jakby się zawstydziła.
- Tak, panie. Przepraszam - powiedziała i zajęła się krojeniem suszonego mięsa na długie, wąskie paski, które następnie wrzucała do garnka. Aleks przyglądał się jej dziwnemu, trójkątnemu ostrzu.
- Chyba wygodniejsze byłoby takie - zauważył, podsuwając swój nóż.
- Masz rację - zgodziła się, biorąc go od niego, przyglądając się i wypróbowując. - Bo mój sztylet nie służy do krojenia jedzenia, tylko do zabijania. W tej dziedzinie sprawuje się świetnie. - Wykrzywiła lekko wargi, obserwując jego reakcję.

[komentarzy 0] Komentuj









~Świt...










14/05/2009 16:34:33
Rozdział X
Lodowiec był głęboko błękitny, nasuwał skojarzenie z dużą ilością orzeźwiającej wody i aż kusił, żeby go polizać. Niebo, daleko w górze, było idealnie błękitne, ale w połowie głębokiej na kilkaset metrów szczeliny panował przenikliwy chłód i półmrok. Dagmara z wprawą wbijała w ściany żelazne kolce, równo co pół metra, na tyle daleko jeden od drugiego, żeby lód wytrzymał i na tyle blisko, żeby idąca z tyłu Ula mogła je wykręcać i podawać znów do przodu. Sprzęt do zdobywania lodowców był własnością tej ostatniej, a w jej bagażach znalazł się dzięki zapobiegliwości Aleksa. Dziewczyny rozmawiały i śmiały się co chwila, bo wspinaczka nie była szczególnie trudna, choć czasochłonna, o co Dagna oskarżała Ulę, twierdząc, że ta wzięła zbyt mało kolców. Zapewne, łatwiej by było, gdyby nie trzeba ich było wykręcać, jednak zabranie w długą podróż takiej ilości sprzętu przekraczało możliwości nawet silnego mężczyzny. Zaczęły o świcie, teraz dochodziło południe, a na oko czekało je jeszcze drugie tyle do przejścia. Mimo to były dobrej myśli. Kiedy dojdą tam, na górę, zobaczą to, co dotąd zasłaniał im biały olbrzym. Może wreszcie ujrzą cel swojej podróży? Po uciążliwej przeprawie przez dolinę wspinaczka była miłą odmianą. Tylko mały Dag, znów w klatce, trząsł się ze strachu i popiskiwał, nie rozumiejąc, po co te dziwne, dwunogie istoty pchają się tam, gdzie jest zimno, a u stóp zieje potworna przepaść.


# # #



- Złotilij? Obudź się. - Aleks szturchnął towarzysza, jednocześnie zwijając swój koc. - Idziemy.
- Bez śniadania?...
- Bez.
Złotilij skrzywił się, ale nie miał ochoty na kłótnie. Zdjął z ramienia fioletowego pająka i delikatnie postawił na ziemi.
- Słyszysz, Piękny? Pobudka - szepnął. - Uważaj, żebym na ciebie nie nadepnął...
Pająk, przebierając szybko wszystkimi swoimi nogami, podbiegł do występu skalnego, wzbudzając zazdrość głodnego przyjaciela. Wrócił akurat wtedy, kiedy koce były już w plecakach, a chłopcy szykowali się do odejścia. Wskoczył na swoje miejsce, na ramieniu Złotilija, i starannie czyścił przypruszony kredą pyszczek.
- Wiesz, że on chyba wczoraj wiedział, że się zawali? Chwilę wcześniej zrobił się niespokojny i strasznie mi przeszkadzał, aż nie mogłem iść. Dzięki temu mnie nie przysypało.
- Odwdzięczył ci się za transport. Słyszałem o tym, że zwierzęta potrafią czasem przewidywać takie zdarzenia.
- Oczywiście, że potrafią! Pamiętasz, jak zawaliła się ta grota niedaleko Cichej Hali? Mieszkała w niej dzika kotka z małymi i tego dnia przeniosła wszystkie małe gdzie indziej! A jak ten pająk mieszka całe życie pod ziemią, to musi wiedzieć takie rzeczy.
- Yhm - mruknął niezbyt uważnie Aleks. Nagle coś sobie przypomniał.
- Przecież to byłeś ty! Wtedy, osiem lat temu, w grocie zasypało chłopaka. Minęło kilka godzin, zanim ktokolwiek to zauważył, a zanim go znaleziono, spędził tam całą noc, przysypany. Teraz się zorientowałem. Chodziłeś tam, do tych kotów...
- Zgadza się. A pewnego dnia ich nie było. Myślałem, że przeniosły się głębiej, więc zacząłem szukać. Zawaliło się, a ja zostałem uwięziony. Siedem lat miałem. Wiesz, jak to jest, jak się jest takim małym dzieciakiem i nie można się ruszyć, i już się czuje te wszystkie kamienie, zupełnie, jakby cię przygniatały?... Wiesz, jak to jest, kiedy w ciemnościach nic nie widać, i masz wrażenie, że zaczyna ci brakować powietrza? Nigdy... nawet wczoraj... nie bałem się tak bardzo.
Aleks milczał przez dłuższą chwilę i Złotilij myślał już, że uznał rozmowę za skończoną, kiedy jednak się odezwał.
- Nie wiem, jak to jest. Oczywiście, wczoraj się bałem, ale bałem się tylko tego, co było rzeczywistym zagrożeniem, widziałem ten kamień, który w każdej chwili mógł runąć...
- ...co też w końcu zrobił.
- Tak. Ale nie czułem wagi wiszących nade mną głazów, nie wydawało mi się, że brakuje powietrza. Bałem się tylko tego, co wiedziałem, że się wydarzy.
- Szczęściarz. Najwyraźniej ja mam bujniejszą wyobraźnię.
- Nigdy bym cię o to nie podejrzewał.
- Dzięki.
Znów jakiś czas szli w ciszy. Złotilij bawił się karmieniem swojego pająka. Wtem Aleks zatrzymał się.
- Zobacz... Tam. Światło?
Złotilij spojrzał we wskazanym kierunku i też zobaczył na ścianie odblask, jakby zza zakrętu padały na nią promienie słońca.
- Myślisz, że my naprawdę... doszliśmy? - spytał i nie namyślając się pobiegł do przodu.
- Uważaj!... - zawołał Aleks i w tej samej chwili usłyszał bolesny krzyk. - Co się stało?!
- Nic takiego, wpadłem do jakiejś dziury. Możesz mi pomóc? - dobiegł go nieco z dołu głos towarzysza. Spojrzał i zobaczył wstrząsający widok - głowę leżącą na ziemi. Roześmiał się, na co głowa zareagowała oburzeniem.
- Lepiej byś mi pomógł, a nie się nabijasz. Nie widziałeś człowieka w rozpadlinie?
- Przepraszam. - Aleks przeskoczył na drugą stronę i wyciągnął rękę. - Wszystko w porządku? Powinieneś wiedzieć, że nie wolno...
- WIEM - odpowiedział Złotilij tonem, wskazującym, że nie ma ochoty na dalsze dyskusje. - Kto to widział, takie pułapki na samym końcu... - syknął z bólu, stanąwszy na prawej nodze.
- Wszystko w porządku?
Nie, nie było w porządku. Przy pechowym upadku Złotilij skręcił nogę w kostce i szedł teraz z trudem, wsparty na ramieniu Aleksa. Skupiony na walce z bólem, nie podnosił głowy, dopóki nie zalała go fala ciepła. Wtedy spojrzał - i oniemiał. Przez chwilę obaj stali bez ruchu, wpatrując się w rozpościerający się u ich stóp krajobraz. Stali w połowie wzgórza, za sobą mieli zbocze i wyjście z tunelu, obramowane dwiema szarymi, kamiennymi kolumnami, rzeźbionymi tak, że wyglądały na oplecione bluszczem. Wrażenie potęgował porastający je, żółtozielony mech. Jednak tego nie widzieli, odwróceni plecami, wpatrując się w to, co przed nimi. W nowy, dziwny świat, o którym słuchali opowieści w długie, zimowe noce. Wiedzieli, że niektórzy mieszkańcy Cichej Hali pochodzili stamtąd, jednak nawet w Korytarzu nie całkiem wierzyli w jego istnienie. Nie potrafili sobie wyobrazić. Oto rozciągała się przed nimi olbrzymia, zupełnie płaska równina, bez jednego drzewa, aż po niesamowicie odległy horyzont. Chylące się ku zachodowi słońce nadawało niezwykłą, różowawą barwę wysokim, bujnym trawom, chylącym się pokornie pod dotykiem twardej i silnej ręki wiatru. Było pusto - rozpaczliwie pusto, jakby tylko oni dwaj byli żywi, na całej tej olbrzymiej równinie. Nie było zwykłych o tej porze dnia cieni, bo nie było nic, co mogłoby te cienie rzucać. Tylko zalane różowym blaskiem trawy i pomarańczowa tarcza słońca, opadająca za granicę ziemi. Pęd powietrza rozwiał im włosy, przytłumione światło oślepiało oczy, przyzwyczajone do ciemności. Mimo woli cofnęli się w głąb korytarza. Pająk kręcił się niespokojnie na ramieniu Złotilija.
- Dzisiaj możemy się jeszcze przespać razem. - Uśmiechnął się chłopak i pogłaskał go po jedwabistym, bladofioletowym futerku. - Zostań z nami, będzie przyjemniej. Jutro się rozstaniemy.
Stawonóg, jakby zrozumiawszy, uspokoił się natychmiast. Chłopcy, wygłodzeni, pozwolili sobie na sutą kolację. Mieli przy sobie łuki i wierzyli, że teraz na pewno uda im się zdobyć pokarm. Aleks obejrzał nogę towarzysza i doszedł do wniosku, że wystarczy nie nadwyrężać jej do następnego dnia. Potem, niedowierzając jeszcze, że jutro na dobre opuszczą ciemny tunel, zawinęli się w koce i próbowali zasnąć. Podczas wędrówki trochę rozregulowali sobie zegar biologiczny, tak że tego dnia nie szli wcale długo i nie byli jeszcze zmęczeni. Mimo tego leżeli w ciszy, starając się powrócić do prawidłowego rytmu. Złotilij czuł dziwną pustkę - przeszli Korytarz, dotarli do świata Po Drugiej Stronie Gór, ale naprawdę nie wiedział, co dalej. Oszołomił go i zaniepokoił widok olbrzymiej, bezludnej równiny. Po raz pierwszy w życiu poczuł, że ciasny, podziemy tunel jest miejscem bezpiecznym i przytulnym - bo znanym.


# # #



Słońce wysyłało ostatnie, pożegnalne promienie zza trójkątnego szczytu, złocąc krawędzie małego, samotnego obłoczka. Ostry, zimny wiatr docierał także do ich kryjówki - niewielkiej niszy pomiędzy spiczastymi skałami, przypominającymi wieżyczki bajkowego zamku. Magda westchnęła ciężko.
- To jest beznadzieja kompletna. Gdzie byśmy nie weszły, zawsze się okazuje, że wkoło są tylko te przeklęte góry. Może to jakieś czary?
- Jasne. - Dagmara tym razem nie siliła się na szczególnie błyskotliwą wypowiedź, ale sam ton jej głosu sprawił, że Magda poczuła się obrażona.
- Jak jesteś taka mądra, to może wyjaśnisz, dlczego nigdzie nie możemy dojść? Mówiłaś, że Korytarzem idzie się tylko kilka dni!
- Pod ziemią.
- To co, że pod ziemią?
- Przy twojej bystrości nawet córka kowala wydaje się być osobą wcale sprytną.
- Tunel idzie pewnie cały czas płasko, a my musimy się wspinać i dlatego zajmuje nam to o wiele więcej czasu - wyjaśniła spokojnie Ula. Siedziała nieco wyżej niż one, na małym występie skalnym, zawinięta w koc. Jako jedyna nie sprawiała wrażenia zawiedzionej, kiedy okazało się, że lodowiec nie jest ostatnią przeszkodą, jaką muszą pokonać.
- Zejdź niżej, od tego wiatru będą cię bolały uszy! - zawołała Magda. Ula tylko się uśmiechnęła i pokręciła głową. Po raz pierwszy w życiu była na lodowcu, podziwiała teraz jego olbrzymią, śnieżnobiałą skorupę, wciśniętą między poszarpane szczyty. Powierzchnia wydawała się być zupełnie gładka, tylko po środku kałuża, niemal tak duża, jak mały staw, zdradzała swoją obecność pomarszczonym odbiciem nieba i szczytu. Było tak pięknie, że Ula miała ochotę wstać i iść dalej, czuła, że lodowiec wzywa ją do siebie. Jednak Magda i Dagna były zmęczone oraz zawiedzione - dla nich celem nie był lodowiec, lecz to, co kryło się gdzieś za nim. Nie były zainteresowane jego niezwykłym pięknem.


# # #



Kilkunastoletni chłopiec wstał, wyciągnął przed siebie dłonie i delikatnie pogłaskał pysk stojącego obok niego konia. Silny, zachodni wiatr potargał białe włosy o błękitnawym połysku, związane z tyłu w długi warkocz. Na niebie nie było ani jednej chmurki, jaskrawo różowa tarcza słońca zbliżała się do horyzontu, zalewając ziemię potokami fioletowawego światła i tworząc dziwny, surrealistyczny nastrój. Jednak blade oczy chłopaka zdawały się tego nie zauważać, zdawały się nie zatrzymywać na niczym konkretnym.
- Nie martw się, Szczyglu. Ona niedługo wróci, jak zawsze. Powinieneś się już do tego przyzwyczaić, przecież od lat zawsze wraca - szeptał. Zapewne bardziej chciał uspokoić siebie, niż wierzchowca, który sprawiał wrażenie niewzruszonego. Parsknął cicho, jakby pocieszająco.
- Wiem. Z nimi nigdy nic nie wiadomo, a gdyby zaskoczyli jedno z nas samotne... Czy ona nie mogłaby się pospieszyć?
Zachodni wiatr silniej szarpnął włosy, jakby chciał im pomóc wyswobodzić się spod ściskającego rzemyka. Chłopiec usiadł z powrotem, by schować się przed jego podmuchami za prowizoryczną zasłoną z lekkiego, ale szczelnego, półprzezroczystego materiału.



[komentarzy 0] Komentuj









~Świt...










14/05/2009 16:34:05
Rozdział IX
Złotilij obudził się w kompletnych ciemnościach. Przez chwilę ulegał złudzeniu, że jest jeszcze noc, ale poczucie wypoczęcia szybko przypomniało mu, że znajduje się głęboko pod ziemią. Na powierzchni wstawał zapewne świt. Chłopiec odwrócił się i na oślep chwycił koc, żeby ściągnąć go z towarzysza. Ręka opadła mu dziwnie nisko, nim palce dotknęły szorstkiej wełny.
- Aleks? - zapytał, chociaż spodziewał się już, że nie dostanie odpowiedzi.
W pierwszej chwili poczuł znajomy ucisk w żołądku, zwiastujący atak paniki. Chciał zerwać się i szukać towarzysza, ale przypomniał sobie lekcję sprzed kilku dni. "Jeszcze nic się nie stało, a ty spanikowałeś" - czarne oczy Aleksa wydawały mu się wtedy przez moment zupełnie puste.
Zagryzł wargi. "Tym razem się nie dam, nie wyjdę znowu na głupka. Zacznę się niepokoić dopiero, jeżeli naprawdę długo nie będzie wracał. W końcu raczej się tu nie zgubi. Ja też się nie zgubię, bo nie ma gdzie. Wiemy, dokąd prowadzą wszystkie korytarze. Brrr, ciekawe, jakie inne milutkie stworzonka można tu spotkać" - pomyślał, strząsając imponującej wielkości pająka, który próbował wspiąć mu się na odsłonięte ramię. Ośmionóg odbiegł gdzieś w mrok. Tak, Aleks zabrał ze sobą pochodnię, przez co Złotilij nie widział, co też jeszcze może po nim łazić. Frustrujące. Żeby nie marnować czasu, po omacku przygotował śniadanie i właśnie brał się do jedzenia, kiedy znienacka coś połaskotało go w rękę. Odruchowo cały odskoczył, kolejny raz przeklinając zakaz towarzysza, dotyczący palenia dwóch pochodni na raz. Przeklinając ten zakaz, ale mimo wszystko nie ośmielając się go złamać. Aleks na pewno zaraz wróci.
Złotilij pomyślał, że cała ta sytuacja jest dziwaczna, a momentami zaczyna być także denerwująca. Ni z tego, ni z owego zrobiono z nich towarzyszy podróży, kazano ruszać w pościg, on sam zadbał, żeby nie skończyło się to wtedy, kiedy była okazja. Nie przewidział, że ten Korytarz będzie taki długi, słyszał, że to przejście i nabrał błędnego przekonania, że jego przekroczenie nie może trwać dłużej, niż dobę. Tymczasem idą w tych ciemnościach już nie wiadomo który dzień, jedzenie powoli się kończy, pochodnia, której używali, już się prawie wypaliła i zaraz trzeba będzie zacząć używać zapasowej...
"Szkoda, że nie zaczęliśmy od jednej, najpierw obie spaliliśmy do połowy, a dopiero potem Aleks wpadł na pomysł oszczędzania. Kiedy stało się jasne, że możemy spędzić tu trochę więcej czasu. Żeby tylko nie zabrakło nam światła..."
Drgnął, znowu poczuwszy na ręce dotyk włochatych odnóży.
- Ależ ty namolny - mruknął, podnosząc się z ziemi i zaczynając pakować rzeczy. - Ciekawe, czy to cały czas ten sam pająk? Gdzie ten Aleks?!
Złotilij nie znał w zasadzie kuzyna Uli. Oczywiście, na Cichej Hali każdy wiedział coś o innych, ale mogła to być znajomość bliższa lub dalsza. Tak się składało, że dwudziestoletni Aleks z większością ludzi nie utrzymywał zbyt ścisłych kontaktów, pod pewnymi względami będąc wstrzasająco wręcz podobnym do Urszuli. Ciekawe, czy też powodowała nim nieśmiałość?
Brat Magdy zachichotał cicho na samą myśl o tym. Nie, Aleks raczej nie wyglądał na nieśmiałego. Bardziej na... znudzonego, to chyba odpowiednie słowo. Jakby uważał, że wszyscy wokół są dziećmi. Może dlatego, że szybko stał się najstarszym dzieckiem w rodzinie, mając sześć lat mógł już patrzeć z góry na zabawy młodszego rodzeństwa. Ciekawe, że Magda, choć też najstarsza, nie nabrała nigdy takiej maniery. "Ona jest w porządku - pomyślał. - Chociaż też zdarza jej się przesadzić..."
Ciemności nabrały cieplejszego odcienia, oświetlone nikłym płomykiem i zza zakrętu wyszedł Aleks.
- Wypoczęty? Jakieś pół godziny drogi przed nami jest źródło wody, będziemy mogli uzupełnić zapasy. - Nagle starszy chłopak zrobił dziwną minę.
- Spójrz na swoje ramię.
Złotilij wytrzeszczył oczy, bo oto na rękawie kurtki siedział jego znajomy pająk - wielki, włochaty i... bladofioletowy. Był autentycznie piękny.
- I ja cię chciałem przeganiać? - wyszeptał. - Wybacz, to przez te ciemności. Jeżeli nie zamierzałeś mnie zjeść, to czuję się zaszczycony.
Pająk, jakby rozumiał, zbiegł z jego rękawa, podbiegł do ściany, a kiedy wrócił, szczękoczułki miał przypruszone białym pyłem.
Aleks podszedł i przesunął palcem po ścianie.
- Kreda - stwierdził. - Ten pająk je kredę i dlatego ma taki dziwny kolor. Pewnie przyciąga go ciepło, stąd ta nagła przyjaźń.
- Może mu się nudzi? - zażartował Złotilij. Ostrożnie zdjął stawonoga i położył na ziemi. - Wybacz, ale musimy iść, Piękny.

# # #



Ula zadrżała i przyśpieszyła kroku, żeby dogonić przyjaciółki. Nareszcie udało im się opuścić dolinę. Przejście przez nią uznały za najtrudniejszy i najmniej przyjemny z dotychczasowych etapów. Kotlinę musiał nawiedzić pożar, na oko jakieś dwa lata przed ich przyjściem, w związku z czym porośnięta była gęstym młodnikiem, składającym się głównie z brzóz i olchy, podszytym obficie malinami i jeżynami. Nie było tu żadnych ludzkich ścieżek, a i zwierzęce zdarzały się rzadko. Nawet przy sprzyjających warunkach atmosferycznych przedzieranie się przez taki gąszcz nie należało do przyjemności, tymczasem jak na złość lał deszcz, wszystko było mokre i wstrętne. Góry wydawały się być znacznie bliżej, niż w rzeczywistości: potężne, groźne, czarne molochy. Martwe. W czasie tych trzech dni nawet Ula odczuwała niepokój. Magda i Dagmara wyjątkowo przestały się kłócić, najwyżej od czasu do czasu przerzucały się słowami. W porównaniu z poprzednimi awanturami, to były jedynie niegroźne przepychanki, które nawet Uli nie przeszkadzały. Wśród wilgotnej, wstrętnej mgły, sprawiającej, że góry wydawały się jeszcze większe, trzy dziewczynki czuły się całkiem malutkie i opuszczone. Garnęły się do siebie, żeby razem wydać się choć trochę większymi. Dag popiskiwał cicho albo spał u Magdy na rękach. Ale jadł dużo, jak to mały wilczek. Z ubrań, włosów i futra kapała woda.

# # #


Złotilij odetchnął, zrzucając na ziemię plecak, i usiadł, opierając się plecami o ścianę. Aleks rzucił mu surowe spojrzenie.
- Tak, wiem, co chcesz powiedzieć. Zaraz biorę się za szykowanie spania. Żadnego odpoczynku, dopóki wszystko nie będzie gotowe! Jasne.
Chłopak wstał i zaczął rozwiązywać rzemyki plecaka. Zaśmiał się cicho.
- Patrz! Uparciuch, postanowił nam jednak towarzyszyć - powiedział, wskazując na siedzącego na klapie plecaka pięknego, fioletowego pająka. Aleks uśmiechnął się lekko.
- Ewidentnie cię lubi. Wiem, że masz rękę do zwierząt, ale nie myślałem, że pająki też się zaliczają.
- Jak następnym razem znajdę takiego zwykłego w łóżku, będę wiedział, dlaczego. - Roześmiali się obaj, po czym zajęli się posiłkiem i przez czas jedzenia nie rozmawiali. Dopiero kiedy już leżeli, ciasno zawinięci w koce, próbując znaleźć najbardziej miękki kawałek skały, odezwał się Złotilij.
- Skąd wiesz, że zwierzęta mnie lubią?
- Ula mi mówiła.
- Aleks...?
- Hym?
- Może jestem ciekawski... Ale dlaczego jeszcze nie znalazłeś sobie żony? Większość ludzi w twoim wieku już ma rodziny, a ty...
Aleks milczał przez chwilę i Złotilij myślał już, że nie odpowie.
- Przepraszam. Nie powinienem pytać - mruknął.
- Nie szkodzi. Może po prostu nie wpadła mi w oko żadna z moich rówieśniczek...
- I czekasz, aż jakaś piękność dorośnie? Przyznaj, masz już którąś na oku? Uważaj, żeby nie uznała, że jesteś za stary! - Wtem coś przyszło mu do głowy. - Bo chyba nie myślisz o...
- Robisz się wścibski jak dziewucha. Śpij.
Przez chwilę leżeli w milczeniu, po czym znów odezwał się Złotilij.
- Aleks...? Korytarz niedługo powinien się skończyć, prawda?
- A co?
- Zaczyna brakować jedzenia.
- Jak się skończy, to najpierw zjemy twojego pająka, a potem ściany.
- To nie jest mój pająk.
- Ale śpi na twojej głowie. Uważaj, żeby go nie zgnieść.
- Niech sam uważa. W końcu to on gorzej na tym wyjdzie.
- Śpij już wreszcie.
Zapadła cisza, przerywana jedynie szelestem koca. W przeciwieństwie do Aleksa, Złotilij długo nie mógł zasnąć, szukając najwygodniejszej pozycji, a jednocześnie starając się nie ruszać głową. Wielki, fioletowy pająk drzemał, niewzruszony.



Obudziwszy się, Aleks zastał nowego towarzysza przy spożywaniu kredowego posiłku. Uśmiechnął się.
- Zjadamy ściany, co? Ciekawe, czy to twoi pobratymcy wygryźli pierwsze jaskinie? - Wstał, przeciągnął się i sięgnął po pochodnię, po czym rozmyślił się.
- Złotilij, wstawaj. Masz rację, powinniśmy jak najszybciej stąd wyjść.
- Następnym razem, jak mi przyjdzie coś takiego do głowy, to odgryzę sobie język - jęknął budzony, pomiędzy kolejnymi ziewnięciami. - Tu jest cały czas ciemno, ale idę o zakład, że na dworze najwyżej świta.
- Twój przyjaciel zdąrzył już zjeść śniadanie.
Chłopak prychnął z irytacją, ale posilił się szybko i parę minut później byli już w drodze. Aleks szedł żwawym krokiem, pogrążony we własnych myślach, natomiast Złotilij badał reakcję trzymanego na ręce pająka na rozmaite kamienie. Odkrył przy tym, że oprócz kredy, także ametysty i kryształy kwarcu wchodzą w skład jego menu, przy czym "nadgryzione" kamienie sprawiały raczej wrażenie podtopionych, jak kawałek lodu przytknięty do czajnika... Albo polizany.
- Tylko mnie nie obśliń, Piękny, bo pewnie wypaliłoby mi dziurę w ręce - mruknął. - Co jest, ten ci nie smakuje? - zdziwił się, bo specjalnie przez niego wyszukany kawałeczek bladofiletowej kredy został całkowicie zignorowany. Stawonóg przebiegł szybko po ramieniu na głowę chłopca, stamtąd na klatkę piersiową i w dół, na nogę, zmuszając go do zatrzymania się.
- Chcesz zejść? - spytał Złotilij i ostrożnie postawił pająka na podłodze. Już ruszał, kiedy ten znów wskoczył mu na nogawkę.
- Przyjacielu, zdecyduj się. Jak się będziesz plątał, to mogę cię niechcący zdeptać.
- Pośpiesz się! - zawołał Aleks, który w międzyczasie sporo ich wyprzedził.
- Już idę! - Złotilij zdecydowanie zdjął pająka z nogawki i wyprostował się. W tej samej chwili, bez żadnego ostrzeżenia, sklepienie runęło.

Złotilij rzucił się w tył, wstrząs podciął mu nogi i przewrócił, nieprzytomny ze strachu chłopiec zaczął na czworakach uciekać, byle dalej od piekła, które się za nim rozpętało. Gdyby nie wpadł w panikę, pewnie pomyślałby, że lepiej trzymać się blisko ścian, jednak żadna świadoma myśl nie była w stanie przebić się przez żelazny mur obezwładniającego przerażenia. Huk spadających zewsząd głazów ogłuszał go, wypełniający korytarz pył tamował oddech. W końcu stracił siły, znieruchomiał, drżąc i dysząc ciężko.
Zawał trwał nie dłużej niż kilkadziesiąt sekund, po czym wszystko uspokoiło się. Fakt ten przez dłuższy czas nie docierał do Złotilija, dopiero pieczenie ręki przywróciło mu przytomność umysłu. Poruszył się i poczuł na dłoni krótki dotyk włochatych odnóży. Było ciemno, w powietrzu ciągle unosił się duszący pył.
- Aleks? Zapal pochodnię! - zawołał bez zastanowienia. Odpowiedziała mu cisza. Jeszcze nie myślał, co to może oznaczać, ale poczuł bolesne ukłucie strachu, gdzieś w okolicy żołądka.
- Aleks? - powtórzył i znów nie uzyskał odpowiedzi. Stał bez ruchu, chociaż już wiedział, że powinien coś zrobić. Powinien zacząć szukać... Nie mógł. Nie potrafił zbliżyć się do miejsca, w którym zawalił się sufit. Wydawało mu się, że mijają godziny, a on tkwi nieruchomo, myśląc gorączkowo i nie mogąc zmusić nóg do posłuszeństwa.
- Aleks! - krzyknął jeszcze raz, rozpaczliwie pragnąc uzyskać odpowiedź. Jednak skały milczały.



Kiedy sufit runął, Aleks znajdował się znacznie bliżej centrum wydarzeń. Odruchowo przywarł do ściany i tylko dzięki temu udało mu się uniknąć śmierci. W zamieszaniu zgubił gdzieś pochodnię i teraz, kiedy sytuacja wydawała się już w miarę stabilna, po omacku próbował się wydostać z gruzowiska. Chwycił brzeg szerokiego, płaskiego kamienia, żeby się podciągnąć. Nie był to najbardziej trafiony pomysł - tył głazu uniósł się do góry i wywołał lawinę małych okruchów skalnych. Aleks puścił dźwignię i spadł na ziemię, czując, że kamienie otaczają go i przygniatają. Kiedy minęło pierwsze zaskoczenie, przekonał się, że miał szczęście. Nie dostał niczym w głowę, a kości też chyba wszystkie były całe, chociaż chwilowo dolną część ciała miał przysypaną i unieruchomioną. Ręce były wolne, zaczął więc energicznie odrzucać gruz. Nagle usłyszał nad sobą dziwny chrobot. Podniósł głowę i zobaczył, że poruszony przez niego głaz zsunął się kilka centymetrów w dół i zwisał teraz, na kształt olbrzymiej chybotki, w każdej chwili grożąc upadkiem wprost na uwięzionego człowieka. Dopiero teraz Aleks zaczął się naprawdę bać.
Słyszał nawoływania Złotilija, ale wolał nie odpowiadać, żeby nie zakłócić delikatnej równowagi dźwigni. Może była to przesadna ostrożność; ale chyba każdy ma prawo do przesady, wiedząc, że tuż nad nim wisi kilkuset kilogramowy głaz, w każdej chwili gotów runąć i zmiażdżyć pechowca. Tamten, po drugiej stronie skał, powtórzył zawołanie kilka razy, po czym zapadła cisza, przerywana tylko od czasu do czasu trzaskami i chrobotami wewnątrz rumowiska. Przez czas, który jemu samemu wydawał się nieskończenie długi, Aleks trwał w bezruchu. Myślał o tym, co stanie się z nim, skoro nie może się ruszyć. Nie liczył na pomoc ze strony młodszego towarzysza, pamiętał jego przerażenie, kiedy wydawało się, że zabłądzili. Nie, nie miał do niego żalu. Raczej był zaskoczony, słysząc wcześniej jego głos. Chłopiec zrobił wszystko, na co starczyło mu odwagi... Aleks ostrożnie, po jednym, zaczął przekładać przysypujące go kamienie, z tą determinacją, jaką daje przekonanie, że nie ma nadziei. Kiedy był już prawie wolny, usłyszał trzaski na zewnątrz, po czym gdzieś niedaleko odezwał się Złotilij. I wtedy stało się to, czego się cały czas obawiał - skała runęła.
Szczęśliwie zdążył cofnąć się na tyle, że nie został zmiażdżony. Po drugiej stronie usłyszał okrzyk przestrachu, po czym dotarł do niego głos Złotilija, zaskakująco bliski.
- Aleks! Aleks, jesteś tam?! Odezwij się!
Co miało spaść, już spadło, więc tym razem Aleks nie ociągał się z odpowiedzią.
- Jestem tu!
- Słyszę cię, ale kiepsko się orientuję, gdzie. Nie mógłbyś czymś zaświecić?
- Zgubiłem pochodnię.
- Przecież masz drugą!
- Krzesiwo zostało u ciebie.
Złotilij nie skomentował, ponieważ sam się kiedyś uparł, że chce je nieść.
Aleks nieoczekiwanie poczuł, że coś wdrapuje mu się na ramię. Wyciągnął dłoń i poczuł jedwabiste futerko na ósemkowym kadłubie pająka.
- Złotilij, masz gdzieś swojego zwierzaczka?
- Nie - odpowiedział zaskoczony chłopiec. - Przed chwilą wszedł gdzieś między kamienie.
- To dobrze, bo w takim razie jest ze mną.
Stawonóg najwyraźniej nie mógł usiedzieć długo w jednym miejscu, bo po chwili znów pojawił się przy Złotiliju. Biegał to tu, to tam, po porozrzucanych kamieniach i wydawał się przyglądać pracy przyjaciela. W pewnej chwili zeskoczył na kamień, który chłopiec chciał podnieść i tak się po nim kręcił, że w końcu zniecierpliwiony Złotilij dał za wygraną. Zanim przekopali się do uwięzionego, sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie.

Teraz, kiedy mogli się porozumiewać, praca poszła szybciej i po półgodzinie Aleks mógł już wyjść. Ku oburzeniu młodszego towarzysza, najpierw podał mu plecak, a dopiero potem sam się wydostał. Najszybciej jak mogli oddalili się od gruzowiska, po czym usiedli, żeby chwilę odetchnąć. Aleks zapalił zapasową pochodnię. W jej świetle zobaczyli swoje pobladłe, szare od pyłu twarze i Złotilij dopiero teraz odreagował przeżyty strach. Zrobiło mu się niedobrze, zaczął trząść się na całym ciele. Z całej siły zacisnął powieki i zagryzł zęby, żeby się nie rozpłakać. Aleks uśmiechnął się, wyjął z plecaka manierkę z wodą i podał towarzyszowi.
- Napij się trochę, to łatwiej się uspokoisz. Nie myślałem, że odważysz się grzebać w tych gruzach. Zaskoczyłeś mnie.
-Głupi jesteś - wykrztusił Złotilij, po czym odwrócił się w stronę ściany. Aleks milczał, siedząc przez jakiś czas bez ruchu, po czym wyjął z plecaków koce, jednym przykrył śpiącego towarzysza, a w drugi zawinął się sam. Pomyślał, że po tych wszystkich rozrywkach należy im się chociaż chwilka odpoczynku...

[komentarzy 0] Komentuj









~Świt...










14/05/2009 16:33:19
Rozdział VIII
- Dokąd teraz? - spytał Złotilij, a jego głos zabrzmiał głucho, odbijając się od ścian owalnego pomieszczenia. Było ono tak wysokie, że światło ich dwóch pochodni nie docierało do sklepienia, a jednocześnie dość wąskie, przypominające studnię. Jeszcze zanim wykopano Korytarz, musiała istnieć tu naturalna jaskinia, bo chropowate, nierówne ściany lśniły od mikki. Tylko w niewielu miejscach znać było wpływ ludzkich rąk. Schodziły się tu cztery korytarze, co zaskoczyło wędrowców, którzy dotąd, wędrując już conajmniej dwie doby, nie napotykali żadnych odgałęzień. I nie spodziewali się napotkać. Złotilij spojrzał niepewnie na towarzysza.
- Aleks? Co teraz robimy?
- Z którego tunelu wyszliśmy?
Obaj rozejrzeli się niespokojnie. O ile mogli się zorientować w słabym świetle, wyjścia niczym się nie różniły. Aleks pomyślał, że wykazali się kompletnym brakiem rozwagi. Nawet jego najmłodszy brat wiedział już, że wchodząc do sali, należy zaznaczyć otwór, którym się weszło, a oni kręcili się chwilę i badali ściany, zanim o tym pomyśleli. Zobaczył przestraszoną minę młodszego towarzysza i wziął się w garść.W końcu ktoś tu musi zachować zimną krew, a Złotilij wyglądał, jakby miał zaraz dostać ataku histerii. Ciekawe, czy zgubił się już kiedyś pod ziemią?
Chłopak odpędził niepotrzebne myśli i skupił się na układzie korytarzy. Przy jednym z dłuższych boków trzy otwory: jeden na środku i dwa symetrycznie po bokach. Czwarty po przeciwnej stronie, też przy dłuższym boku.
- Nie szalej. Idziemy tędy. - To mówiąc, wskazał na pojedyńczy otwór.
- Tak myślisz? A co będzie, jeżeli się okaże...- głos Złotilija drżał leciutko.
- W takim wypadku dojdziemy do któregoś z wejść, w najgorszym wypadku do tego zasypanego.
- Uważasz, że to są pozostałe Korytarze? Że one się tu łączą?
- Tak. Możemy już iść? - spytał chłodno Aleks, po czym odwrócił się niecierpliwie. Złotilij skrzywił się.
- Możesz mnie nie traktować jak dzieciaka?! - zawołał kłótliwie, urażony.
- Spanikowałeś przed chwilą, chociaż jeszcze nic nie zaczęło się dziać.
Złotilij już otworzył usta, ale nagle zmienił zdanie, bo przeszło mu przez myśl, że chyba zareagował przesadnie. Towarzysz nie powiedział nic, co by go mogło obrazić, po prostu chłopiec sam zdawał sobie sprawę z tego, że przed chwilą był przerażony jak rzadko kiedy i wstydził się tego strasznie. Nie mógł nic poradzić na to, że zawsze na myśl o zabłądzeniu głęboko pod ziemią, o setkach korytarzy prowadzących donikąd, o braku powietrza i światła, robiło mu się słabo. Musiał to odreagować, w dodatku wiedział, że Aleks widział jego strach. "W co ja się wpakowałem?" - pomyślał.

# # #


Awantura wybuchła wieczorem, gdy zatrzymały się na nocleg w małej kotlince u stóp sforsowanej właśnie góry. Okazało się, że Magda, przytwierdzając klatkę z małym wilczkiem, nie przeciągnęła sznurka przez odpowiednią pentelkę i zgubiła wzięty na drogę koc. Na dodatek szczeniak załatwił swoją potrzebę na jej worek, w wyniku czego wyrzucić musiała cały suchy prowiant. Ostatecznie pogrążyło ją własne gadulstwo, bo zamiast załatwić sprawę dyskretnie i po cichu, zaczęła głośno łajać zwierzę i narzekać, zdenerwowana przede wszystkim stratą koca. Gdy tylko jej żale usłyszała Dagna, natychmiast się wściekła, dla odmiany bardziej przejmując się marnotrastwem jedzenia, z tej oczywistej przyczyny, że było jej obojętne, czy towarzyszka podróży ma na czym spać. Ula początkowo próbowała je uspokajać, ale nie została w ogóle usłyszana, wobec czego zabrała wilczka i pokarm dla niego, by usunąć się wraz z przedmiotem sporu z linii bezpośredniego rażenia. Przedostała się przez grupę karłowatych świerczków, by wyjść na małą polankę, porośniętą długą, ostrą trawą i kępkami różowych kwiatów. Było tu cicho i spokojnie, wiatr szumiał w czubkach drzewek, ale nie przedostawał się przez gęstą zaporę z gałęzi. Jakieś małe ptaszki przefruwały z miejsca na miejsce, trzymając się na bezpieczną odległość od człowieka, ale pozornie nie zwracając na niego uwagi. Szczenię, które przez całą drogę piszczało rozpaczliwie, teraz uspokoiło się i nakarmione, zasnęło na kolanach opiekunki. Ula siedziała nieruchomo, żeby go nie obudzić i wsłuchiwała się w dobiegające z oddali odgłosy kłótni. Wyglądało na to, że Magdzie skończyły się argumenty i przeszła do wyzwisk, natomiast Dagmara zaczynała się dopiero rozkręcać. Ula zadrżała, nawet tu dopadła ją atmosfera napięcia i lęku. Poczuła, że do oczu mimowoli napływają jej łzy. Zawsze źle znosiła, kiedy ktoś spierał się w jej obecności, a teraz, osamotniona, odczuwała to jeszcze silniej. Pomyślała o Aleksie. Dużo starszy kuzyn zawsze był dla niej oparciem w takich chwilach, w jego silnych ramionach czuła się odgrodzona grubą ścianą od całego zła. Załkała cicho, tym mocniej odczuwając tęsknotę za domem. Wtem wilczek poruszył się niespokojnie, zapiszczał przez sen. Ula spojrzała na malucha i postarała się opanować. Pogłaskała go uspokajająco po miękkim futerku.
- Dag, tak? Zobaczysz, że ta złośnica też cię polubi, pomimo, że przed chwilą sugerowała utopienie cię w strumieniu. W końcu nosisz jej imię...
Pomimo odległych krzyków, na polance panował przytulny spokój. Ula stopniowo coraz mniej zwracała uwagę na odgłosy kłótni, leniwym ruchem głaszcząc śpiące szczenię. Zmęczenie ostatnich dni, a najbardziej końcowy, trwający przeszło dobę etap, zmogły dziewczynę i zasnęła.

Było już ciemno, kiedy Magda zdała sobie sprawę z nieobecności przyjaciółki. Natychmiast wyleciała jej z głowy kłótnia. Robiąc to, do czego normalnie nigdy nie potrafiła się zmusić, to jest ignorując złośliwości Dagny, zaczęła rozglądać się niespokojnie, aż w końcu spytała:
- Nie wiesz, gdzie mogła zniknąć Ula? Daga też nie ma!
- To doprawdy straszne. Pewnie stwierdziła, że ma nas dosyć i postanowiła wrócić do domu. Mam nadzieję.
- Bardzo zabawne. Przez tę awanturę nawet nie wiem, kiedy odeszła.
- Pewnie przed chwilą. Może nie chciała, żeby jej jedzenie też zostało wzbogacone naturalnym nawozem.
Przez jakiś czas obie w milczeniu patrzyły w ogień, w końcu Magda nie wytrzymała.
- Teraz nie ma jej długo nawet, jeżeli poszła chwilę przed tym, jak ja to zauważyłam. Idę jej poszukać.
- Idź, tylko nie krzycz, jak zobaczysz wilka. Jeszcze się przestraszy.
- Ciebie to naprawdę nic nie obchodzi? Rozumiem, że mnie nie lubisz, ale co ci zrobiła Ula? - spytała cicho Magda. Pasterka wzruszyła ramionami.
- Nic, toteż ja jej krzywdy nie robię. Zwróć uwagę, że jak na mnie, to i tak ją wyjątkowo wyróżniam. Ale nie wymagaj odemnie, żebym się o nią martwiła. Ostatecznie, to ty ciągniesz ją na tę wyprawę, chociaż powinaś wiedzieć, że robienie rzeczy nie do końca jawnych jest dla grzecznej Uli sprzeczne z charakterem.
Młodsza dziewczyna rzuciła jej spojrzenie, które zapewne miało mówić wiele, ale ostatecznie nie powiedziało nic. Pewnie nie mogło się zdecydować.
Dagna zawinęła się w koc i ziewnęła szeroko. Miała nadzieję, że Ula się znajdzie, w przeciwnym razie narobi im mnóstwa kłopotów. W przeciwieństwie do Magdy, ona wiedziała, kiedy Ula odeszła i nawet domyślała się, co było tego przyczyną. Uważała jednak, że szesnastoletnia dziewczyna poradzi sobie sama, nie wymaga już ciągłej opieki. Cóż, troskliwość nie należała do naczelnych cech Dagmary. Delikatnie mówiąc.

Magda od początku głośno wołała, bo wiedziała, że Dagna może mieć rację i nie chciała stawiać Uli w niezręcznej sytuacji. Każdemu należało się trochę prywatności. Jednak przyjaciółka nie odpowiadała i Magda zaczęła się naprawdę martwić. Coraz głośniej krzyczała, jednocześnie przyspieszając kroku. W ciemnościach zaczęła powoli tracić orientację, przez co wpadała w jeszcze większą panikę. Wyobrażała sobie, co mogło sprawić, że Ula nie odpowiada na wezwania. Góry nie były bezpieczne, w ciemnościach łatwo było wpaść w jakąś dziurę, wiosną zdażały się jeszcze ataki wilków, nie mówiąc już o tym, że można było spotkać kamraty, duchy, które, kiedy ktoś im się spodobał, odbierały takiej osobie wrodzony dar orientacji w terenie, przez co nie mogła ona już nigdy wrócić do domu. Delikatna Ula napewno przypadłaby do gustu kamratom, zapragnęłyby zatrzymać ją na zawsze u siebie...
Gdzieś między drzewami rozległ się krzyk nocnego ptaka.
- Ula! - Magda zawadziła nogą o wystający korzeń i przewróciła się. Zerwał się wiatr, groźnie poruszał powyginanymi dziwacznie, przykurczonymi gałęziami świerków. W świetle księżyca wyglądały jak żywe... Niczym potwory, wyciągające po nią długie, czarne palce. Dziewczynka krzyknęła przeraźliwie, na oślep próbując uciekać. Nie panowała już nad sobą. Potknęła się znów, o coś dużego i miękkiego. Upadła i otoczyły ją ciemności gęstsze od nocnych.

- Magda, słyszysz mnie? Magda! - Lekkie uderzenie w twarz. Następne, już mocniejsze. Dziewczynka powoli otworzyła oczy, po czym gwałtownie spróbowała się zerwać. To był błąd, tył głowy przeszył ostry ból i przez chwilę myślała, że znów zemdleje.
- Ula - wykrztusiła. - Co się stało? Szukałam cię, i...
Ula uśmiechnęła się lekko.
- Potknęłaś się o mnie i uderzyłaś w coś twardego, nie wiem w co, bo jest ciemno. Przepraszam, że się martwiłaś... Kłóciłyście się strasznie, a ja byłam zmęczona i zasnęłam...
- Nie słyszałaś, jak wołałam? Krzyczałam okropnie głośno, szukałam cię wszędzie, bałam się, że coś ci się stało! - Magda mówiła coraz gwałtowniej - Następnym razem powiedz mi, jak gdzieś idziesz! Naprawdę nie słyszałaś, jak cię wołałam?!
-Przepraszam... - Starsza koleżanka spuściła głowę, przestraszona jej gwałtownym wybuchem. Magda nieco przyhamowała.
- Przepraszam, nie chciałam tak krzyczeć, po prostu się martwiłam. Ula... Chyba jesteśmy obie przemęczone. Choć, odpoczniemy, zanim ta wariatka znowu każe nam gdzieś lecieć. Pocieszam się, że teraz już nie będzie mogła nami tak rządzić. Teraz wszystkie wiemy tyle samo. Już dobrze? Chodźmy.
Ula wstała i dopiero wtedy przypomniała sobie o czymś. Pochyliła się i podniosła z ziemi mały, ciepły kłębuszek.
- To niesamowite! - roześmiała się Magda. - Prawie go przygniotłam, a Dag dalej śpi!

Kiedy o świcie Dagmarę obudził deszcz, który lunął znienacka, zobaczyła Ulę i Magdę, skulone zgodnie pod dużym kocem tej pierwszej. Pokiwała z zadowoleniem głową, stwierdzając, że jak zawsze miała rację. Najwyraźniej Ulce nie stało się nic złego, natomiast Magdzie udało się jakimś cudem trafić na powrót do obozu.
- Brrr, jak one mogą spać, kiedy tak pada! - wzdrygnęła się z odrazą i energicznie zaczęła pakować rzeczy. W taką pogodę i tak nie da rady rozpalić ogniska.


[komentarzy 0] Komentuj









~Świt...










14/05/2009 16:31:19
Rozdział VII
- Fajnie. Wygląda na to, że tutaj się skończyła nasza wycieczka - Magda była bliska płaczu. Dagmara jednak nie zamierzała się tak łatwo poddawać.
- Tylko się nie rozrycz, dziecko. Możemy spróbować przejść górą. Zajmie nam to trochę więcej czasu, ale na pewno jest możliwe. Przecież pierwsi ludzie nie kopali tunelu na Cichą Halę, musieli tam dotrzeć inaczej.
- Może przefrunęli? Kto wie, co robili nasi szurnięci przodkowie.
- Nie łatwiej by było odszukać któryś z pozostałych trzech korytarzy? - spytała cicho Ula.
- Nie, nie łatwiej. Moi rodzice przechodzili tym i po prostu nie wiedzą, gdzie są inne. A w każdym razie mi nie powiedzieli.
- Może woleli, żebyś nie wiedziała - warknęła Magda.
- Dziecko drogie, gdyby zaufanie rodziców do ich pociech mierzyć w ilości powierzonych im informacji o Korytarzach, to zgadnij, jaki z tego płynie wniosek dla ciebie? Przejdziemy górą, koniec dyskusji. Ula, nie wiedziałam, że jesteś taką miłośniczką ciemnych dziur.
Magda nie miała ochoty na dyskusję, wobec czego ustaliły kierunek i ruszyły w dalszą drogę. Propozycja spędzenia dnia przy zasypanym Korytarzu nie wzbudziła niczyjego zachwytu. Dagna wspaniałomyślnie zaproponowała, że zatrzymają się na noc i zaczną z powrotem żyć jak ludzie, czyli w dzień. Nie bały się już ewentualnego pościgu, bo weszły w wyższą, ściśle kamienną partię gór i nie zostawiały śladów. Dag koniec końców wylądował jednak w klatce, bo niemożliwością było wspinanie się ze szczeniakiem na rękach. W miarę, jak wchodziły coraz wyżej, droga stawała się trudniejsza, a krajobraz zmieniał się. W miejsce łagodnych, porosłych ostrą trawą i kępami kosodrzewiny łąk pojawiły się strzeliste iglice skalne, przywodzące na myśl zamczyska ze starych baśni, opowiadanych przez Dziadka z Gór. Na wąskich, kruszących się często pod wpływem dotyku pułeczkach skalnych kwitły już gdzieniegdzie białe, pięciopłatkowe wiosenniki lub wyglądające jak kłębki czerwonej wełny purpurki. Jednocześnie w zagłębieniach wciąż leżały resztki śniegu, przypominając, że maj dopiero się zaczął i wszystko może się zdarzyć... Słońce świeciło, ale mimo tego było zimno, głównie z winy lodowatego wichru, który dął z północy, wciskając słowa na powrót do ust i sypiąc w oczy drobnym żwirkiem. Dziewczyny poruszały się teraz bardzo powoli, bo w każdej chwili groziło odpadnięcie od ściany i upadek z dużej wysokości. Magda cicho mamrotała pod nosem przekleństwa, utwierdzając się w przekonaniu, że nienawidzi tych skalnych barier, stających jej na drodze do szczęścia. Dagmara wspinała się ostrożnie, ale sprawnie, nie tracąc czasu ani sił na czcze rozmyślania, skupiona tylko i wyłącznie na obmyślaniu kolejnych kroków. Ula natomiast pokonywała kolejne metry najszybciej, intuicyjnie wiedząc, gdzie może postawić nogę, a w którym miejscu chwycić się bezpiecznie. Kiedy tak zaciskała palce na wąziutkich występach, wydawało jej się, że nie walczy z górą, lecz staje się nią. Jej palce kamienieją i nic nie oderwie jej od skały, dopóki sama tego nie zechce. Uśmiechnęła się lekko, droga sprawiała jej dużo przyjemności. Myśl o możliwym upadku nawet nie przyszła jej do głowy.

Kiedy wszystkie trzy, porządnie zasapane, stanęły na szczycie, Magda jęknęła z rozpaczy. Otwierał się przed nimi piękny widok, najszerszy w kierunku południowym. Znajdowały się aktualnie na najwyższej górze, przed nimi teren opadał dosyć stromo w dół, po czym przechodził w łagodne wzgórza. Niestety, za pasmem pagórków ciągnęły się już kolejne łańcuchy gór. Najdalszy, tak odległy, że mógłby być złudzeniem, lśnił w sposób, który dziewczynom z Cichej Hali nie pozostawiał złudzeń. Miały przed sobą lodowiec.
# # #


Było już późne popołudnie, gdy Aleks i Złotilij dotarli do Południowego Korytarza. Znaleźli tam ślad po obecności poszukiwanych, w postaci nadpalonych pochodni. Podobnie jak dziewczęta, szybko się przekonali, że tunel jest nie do przejścia. Teraz próbowali wydedukować, co z tym faktem zrobiły poszukiwane. Aleks podejrzewał, że zawróciły do domu. Magda zostawiła pożegnalny list, który wskazywał na to, że raczej była to zwykła wycieczka z ciekawości niż odejście na zawsze. Jednak Złotilij był innego zdania.
- Trochę ją znam, tę moją narwaną siostrę. Ona się tak łatwo nie poddaje. Skoro napisała, że chce zobaczyć świat po drugiej stronie, to nie wróci, dopóki go nie zobaczy.
- Pamiętaj, że nie jest sama.
- Nie obraź się, ale Ula jej raczej nie powstrzyma. Inaczej już by to zrobiła. Natomiast skoro Dagmara zdecydowała się ją wziąć, musiała mieć w tym jakiś swój cel. Chyba wszyscy wiemy, że ona nie ma w zwyczaju robić czegoś z dobroci serca.
- Łatwo ci mówić. Jeżeli nie wróciły do domu, to jak je mamy znaleźć? Za pięćdziesiąt metrów zaczyna się kamienna ściana. Musiałyby specjalnie zostawiać chorągiewki.
- Właśnie, może Ula?...
- Nie. Ula nie wie, że za nimi idziemy. Zresztą, nawet gdyby wiedziała, zostałaby lojalna wobec Magdy.
Przez chwilę obaj milczeli, po czym Złotilij wpadł na kolejny pomysł.
- Popatrz na tę ścianę. Z tysiąc metrów wspinaczki, jak nie więcej. Łatwo spaść, skręcić sobie kark... Może one wcale nie zdecydowały się tędy pchać? Może Dagmara znała też Zachodni Korytarz? Jej rodzicom chyba zależało na tym, żeby znalazła tę swoją siostrę, prawda? Na pewno powiedzieli jej, gdzie są wszystkie trzy przejścia. Wiemy, że nie poszły na wschód, bo musiałyby się cofnąć, nie wyprzedzamy ich więcej niż o pół dnia, czyli że zobaczylibyśmy je z poprzedniej równi. A nie widzieliśmy. Pomyśl, Aleks, to jest nasza szansa!
- Możliwe, że Dagmara zna te przejścia. Ale my ich nie znamy - kuzyn Uli pozostał sceptyczny. Czekała go jednak niespodzianka.
- Ja znam! Kiedyś byłem ciekaw, czy te drogi naprawdę istnieją i namówiłem starego Andrzeja, żeby mi pokazał. Wiesz, że on tam kilka razy wracał i za każdym razem musiał znowu uciekać. Tylko że wtedy nie pozwolił mi wchodzić do tuneli, no i zakazał mówić komukolwiek. Powiem ci, że Zachodni Korytarz wcale nie jest daleko, a ja znam drogę na skróty. Dojdziemy jutro w południe! Jak już tam będziemy, to chyba nie będzie trudno dopytać się kogoś, jak się idzie do największego miasta.
Aleks wahał się jeszcze przez chwilę, ale w końcu podjął decyzję.
- Idziemy.

Było już późno, więc nie zdążyli daleko zajść. Rozpalili małe ognisko w niewielkiej grocie, którą Złotilij nazwał "bukową", bo miała kształt zbliżony do orzeszka buczyny, zjedli kolację i poszli spać, podnieceni myślą o następnym dniu.
Aleks nie wypoczął tej nocy dobrze. Widział w sennych majakach, jak czarne, przypominające macki potwora włosy oplatały Ulę i ściągały ją w przepaść, próbował chwycić jej wyciągnięte dłonie, ale rozwiewały mu się w rękach, zmienione w lekki pył... Skoczył za nią do przepaści, ale tam nie było dna, jedynie czarna, niekończąca się pustka. Nagle obraz się zmienił, pojawiła się Cicha Hala, jego dom... Wszedł do środka, zobaczył rodziców i rodzeństwo, ucieszył się, że wszystko jest w porządku. Jednak kiedy chciał podejść bliżej, zaczęli znikać, rozpływać się w smugi dymu. "Gdzie jesteście?!" - krzyknął. "Tu nie ma już nic..." - usłyszał w odpowiedzi. Nagle zobaczył, że jest zima. Srebrzysty śnieg lśnił, opadając drobniutkimi płatkami na jego twarz i ubranie. Było zimno. Usłyszał jakiś szelest, coraz głośniejszy, przechodzący w huk. Obejrzał się i zobaczył schodzącą lawinę. Chciał uciec, ale nogi miał jak z żelaza. Śnieg otoczył go, oszołomił i przewrócił. Cisza... Cisza otoczyła go ze wszystkich stron. Uspokoił się, poczuł, że nic już nie jest ważne. "Umieram..." pomyślał. I wtedy się obudził. Świtało.

Poranek okazał się niemiłym wstrząsem, na dworze padał deszcz, a w grocie hulał lodowaty wiatr. Obaj chłopcy pośpiesznie zjedli śniadanie i ruszyli w dalszą drogę, z nadzieją, że rozgrzeją się w marszu. Zgodznie z zapewnieniami Złotilija przejście było blisko. Pomimo starań nie rozgrzali się, idąc, natomiast przemokli dokładnie. Kiedy wreszcie znaleźli Zachodni Korytarz nie myśleli o niczym, z wyjątkiem tego, by schować się przed lejącą się z nieba wodą. Przygotowali gałęzie na pochodnie, ale wszystko było tak mokre, że nie dało się zapalić. Pierwszy etap podziemnej wędrówki zaczęli w ciemnościach.

[komentarzy 0] Komentuj









~Świt...










14/05/2009 16:30:43
Rozdział VI
Tarcza księżyca była prawie idealnie okrągła, znak, że pełnia blisko. Tylko z jednej strony wyglądała, jakby coś ją "nadgryzło". Podobno to bogowie zabrali kiedyś trochę księżycowej materii, by stworzyć z niej wszystkie niezwykłe, bajkowe istoty: elfy, krasnoludki, kamraty i dajki... Świeciła zimnym, bladym światłem i Ulę przechodziły dreszcze, gdy na nią patrzyła. Może zresztą to nie wina księżyca, może po prostu było jej zimno? Noc z trzydziestego kwietnia na pierwszego maja. Stanowczo o tej porze roku nie powinno się opuszczać domu nocą. Może dobrze się stało, że Dagmara kazała im iść. Zawsze schodzą w dół, więc robi się coraz zaciszniej... I coraz ciemniej, niestety. Jednak ruch rozgrzewa, a gdyby posnęły tam, wysoko, mogłoby być niewesoło. W najlepszym razie rano byłyby sztywne z zimna...
- Ula, uważaj! Nie zasypiaj! - krzyknęła Magda, widząc, że przyjaciółka potyka się i idzie z zamkniętymi oczyma. Zawołana drgnęła i spojrzała nieprzytomnie.
- Dagmara, poczekaj! Musimy się zatrzymać, tak nie da rady!
- Zejdziemy do doliny, tam, gdzie ta kosodrzewina. Musimy mieć jakąś ochronę przed wiatrem i trochę drewna. Chyba, że chcesz spać na gołych kamieniach. - Przewodniczka była tym razem niespotykanie łagodna. Wędrówka jej także dała się we znaki, parę razy łapała się na tym, że głowa jej opada. Fakt, że dotąd żadna z nich nie stoczyła się w przepaść, należało przypisać szczęściu głupiego. Zbliżały się już do upragnionej kotlinki, gdy nagle wydało im się, że kosodrzewina zadrgała. Żadna z dziewczyn nie zwróciła na to uwagi, zaliczając to w poczet zwykłych, nocnych przywidzeń, spotęgowanych zmęczeniem. Dopiero kiedy podeszły bliżej, charakterystyczna, silna woń zwróciła uwagę Magdy.
- Dagmara! - zawołała cicho, ale dziewczyna nie zwróciła na nią uwagi - Dagmara! D.A.G.M.A.R.A! - starała się zwrócić na siebie uwagę, jednocześnie nie podnosząc głosu. Tamta machnęła z irytacją ręką.
- Nie przeszkadzaj mi, myślę! Wiem, że dzidzia osłabła, ale już prawie... - nie skończyła. Krzyknęła nagle, cofnęła się, potknęła o kamień i przewróciła! - Niech mnie! W nogi!!!
Z krzaków wyszedł, miarowo kiwając się na boki, niedźwiedź! Gdyby Dagna nie zlekceważyła koleżanki, miałyby szanse na wycofanie się bez kolizji. Teraz jednak było już za późno. Obudzony o tak dziwnej porze Władca Gór zatrzymał się i spokojnie zaczął badać teren, używając do tego celu najlepszego ze swych zmysłów: węchu. Przerażona Dagmara próbowała jak najciszej podnieść się z ziemi. Wiedziała jednak, że nie ma szans na powodzenie... Ula stała jak sparaliżowana, nie mogąc się ruszyć. Magda tymczasem, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, co robi, podniosła z ziemi spory kamień i cisnęła w niedźwiedzia! W nietypowym, nocnym oświetleniu nie widziała na tyle wyraźnie, żeby trafić, ale skutek i tak był zaskakująco dobry. Pocisk wylądował w miejscu, w którym granitowe "okruchy" leżały wyjątkowo niepewnie, wywołując niewielką lawinę! Nie była ona dla nikogo groźna, ale odwróciła uwagę zwierzęcia od leżącej dziewczyny. Ta natychmiast skorzystała z okazji by się podnieść i wziąć nogi za pas! Gdzieś niżej lawina zaalarmowała stado kozic i niepamiętliwy miś całkiem zapomniał o tym, co zbudziło go ze snu. Majestatycznym, niespiesznym krokiem dostojne zwierzę zaczęło schodzić w dół. Podróżniczki starały się nieoddychać i, co ważniejsze, niepachnieć. Oczywiście człowiek nie jest w stanie zapanować ani nad jednym, ani nad drugim (a zwłaszcza nad drugim. Im bardziej się stara, tym bardziej mu nie wychodzi), ale szczęśliwie niedźwiedź stracił już zainteresowanie nimi.
Z planów snu w kotlince oczywiście nic nie wyszło. Zwierzę mogło przecież wrócić, zresztą nikt nie byłby w stanie wypocząć dobrze ze świadomością, że gdzieś w koło krąży groźna bestia, która w każdej chwili może nabrać ochoty na przekąskę... Wydarzenie to miało jedną zaletę: już nie chciało im się tak bardzo spać. # # #

Zapadał wieczór, Aleks i Złotilij zaczynali odczuwać trudy całodziennej wędrówki w szybkim tempie. W końcu młodszy chłopiec odezwał się pierwszy:
- Myślisz, że możemy zatrzymać się na noc?
- A jak uważasz, one się zatrzymają?
- Jasne! O ile znam moją siostrę, to nie jest w stanie iść dłużej niż sześć godzin dziennie. Jak jej bardzo zależy, to dziewięć. Na noc zatrzyma się na pewno...
- W takim razie i my się prześpimy. - zdecydował Aleks. Tym samym nieświadomie stracili szansę na dogonienie dziewczyn przed Południowym Korytarzem...
# # #


Świt. Czas, kiedy czerń nocy zmienia się w delikatną szarość poranka. Odzywają się pierwsze ptaki, a szczyty gór wydają się znacznie wyższe niż w rzeczywistości, otoczone u podnóży przez mgłę. Obudziwszy się o tej porze, jedni z przyjemnością zapadają na powrót w otchłań ciepłego snu, inni zaś ubierają się pośpiesznie i zaczynają trochę wcześniej nowy dzień, czując wypełniającą ich energię i chęć czynu. Są też tacy, dla których świt oznacza koniec nieprzespanej nocy... Magda, patrząc na rozjaśniające się niebo, czuła z całą ostrością, że należy do tych ostatnich. Obie z Ulą zostały sterroryzowane przez tę wariatkę i zmuszone do całonocnego marszu! Już nie miała sił, by utrzymywać oczy otwarte. Ale w końcu najwyraźniej także szalona przewodniczka uznała, że nie sposób iść dalej.
- Zatrzymujemy się - stwierdziła. Wszystkie trzy zrzuciły worki podróżne, wyjęły koce i jedzenie, po czym rozpaliły ognisko. Odgrzany bigos zapachniał swojsko i dopiero teraz poczuły, że jednak są głodne. Mimo to ich zapał szybko osłabł i po chwili wszystkie trzy sennie kiwały się nad parującymi miskami. Z trudem dokończyły posiłek, po czym, nie dbając o resztę, zawinęły się w koce i ułożyły do snu. Tylko Ula wykazywała resztki czujności.
- Ktoś nie powinien stanąć na straży? Jakby jakieś dzikie zwierzęta... - wymamrotała niewyraźnie.
- Masz ochotę stać pierwsza? - spytała Dagna. Ula nie odpowiedziała. Spała już.

Magdę obudziła pilna potrzeba. Rozwarła zaspane oczka i stwierdziła, że dzień chyli się już ku końcowi, a polankę, na której się zatrzymały, zalewa ciepłe, pomarańczowe światło. Towarzyszki podróży spały i pomyślała, że jak wróci to spróbuje też się jeszcze zdrzemnąć. Może Dagmarę obudzi dopiero wieczorny chłód?... Przedarła się przez wąskie pasmo karłowatych brzóz oraz świerczków i nagle stanęła jak wryta! O jakieś dwa metry przed nią leżała zwarta masa futra i mięsa, wszystko to było malowniczo zalane krwią! W pierwszej chwili chciała uciekać, ale szybko opanowała ten odruch. Wolała się najpierw dowiedzieć, co właściwie zaszło. Przyjrzała się uważniej potwornemu kłębowisku, co pozwoliło jej odróżnić wilka i olbrzymiego rysia. Oba zwierzęta już nie żyły, ale przed śmiercią musiały stoczyć straszliwą walkę. Nie było na nich jednego całego kawałeczka, same strzępki. Rozejrzała się, co też mogł być powodem tak zażartej bitwy. Wiedziała, że te dwa gatunki serdecznie się nienawidzą, ale tu powód musiał być szczególny... Długo nie mogła się zorientować, o co chodziło, może dlatego, że jej poszukiwania ograniczały się głównie do jakiegoś dużego kawałka padliny - w końcu starcia zwierząt o pokarm nie były niczym niezwykłym. Tymczasem rozwiązanie było równie oczywiste, chociaż o wiele mniej rzucające się w oczy. W pewnej chwili ułowiła jakiś ruch na granicy wysokiej trawy i tej udeptanej przez walczące zwierzęta. Znieruchomiała... I oto na pobojowisko wypęzło małe, puszyste szczenię wilcze. Musiało być bardzo słabe, bo po krotkiej gonitwie dało się złapać.
Kiedy jakiś czas później woń dymu obudziła Dagnę, Magda siedziała przy ognisku i próbowała nakarmić szczenię skrawkami mięsa, głaszcząc je jednocześnie po główce i przemawiając uspokajająco.
- Za mały, nie będzie jadł mięsa. Skąd ty to wzięłaś?
- Jak jesteś ciekawa, to idź, zajrzyj za tamte krzaki.
Dagmara poszła, a kiedy wróciła, miała na twarzy wyraz niesmaku.
- Głupie zwierzaki. Tak się poharatały, że nawet tasiemki do włosów nie da się wyszarpać. - stwierdziła - Co chcesz z tym zrobić?
- Wezmę go ze sobą. Przecież nie mogę zostawić takiego malucha samego!
- Genialny pomysł. Pocieszam się, że w każdym razie nie zrobisz mu krzywdy, bo i tak zdechnie szybciej. O tej porze wilczęta są jeszcze za młode, żeby móc przeżyć bez matki.
- On nie jest taki mały. Zobacz, oczka ma już otwarte... To musi być wcześniak, bo jak na początek maja, to jest bardzo wyrośnięty.
- Wcześniaki są słabe. Na twoim miejscu zostawiłabym go tutaj, zanim się przyzwyczaisz. Szkoda nerwów. Jak chcesz, to mogę na nim zostosować...
- Nie ma mowy!!! Właśnie, że go nie zostawię! Znajdę sposób, żeby go karmić i wyrośnie kiedyś na dużego wilka! I specjalnie dla ciebie nazwę go Dag.
Dagmara załamała ręce.
- To straszne! Doprawdy, nie wiem, jak przeżyję takie kalanie mojego pięknego imienia... Ulka! Wstawaj już wreszcie!
- Co już, co już, po tym twoim marszu można by spać przez trzy dni bez przerwy! - zaczęła kłótliwie Magda.
- To trzeba było spać, a nie latać za szczeniakami.
Spór pewnie trwałby jeszcze przez dłuższy czas, gdyby nie to, że ostatnia partia bigosu podjęła desperacką próbę wydostania się z wiszącego nad ogniem garnka. Trzeba było dmuchać i zdjąć naczynie z ognia, przy czym ta ostatnia czynność wymagała współpracy i skupienia obydwu osób. Tymczasem obudziła się także Ula. Widząc, że Magda usiłuje wcisnąć w małe szczenię surowe mięso, bez jednego pytania podeszła, odebrała je, zanurzyła w bigosie kawałek materiału i podsunęła zwierzątku pod nos. Powąchało szmatkę nieufnie, po czym ostrożnie ją polizało i... zaczęło ssać. Dziewczynka uśmiechnęła się i podała materiał przyjaciółce.
-Tylko ostrożnie, żeby się nie przestraszył. Skąd go masz?
Magda postanowiła oszczędzić Uli widoku poszarpanych szczątków, więc z grubsza opisała całą historię. Ku swojej radości znalazła u niej pełne zrozumienie i poparcie dla swojej decyzji. Tak się składało, że w zupełności jej to wystarczało. Najedzony wilczek zwinął się w mały, puszysty kłębuszek i zasnął, zupełnie nieświadomy, że oto jego życie weszło na nowe, nieoczekiwane tory. Jak również kłótni swoich nowych opiekunek, co do sposobu, w jaki należy go przetransportować. Dagna proponowała wyrzucenie pustych, glinianych garnków po bigosie z wiklinowej klatki, wymoszczenie jej czymś i umieszczenie tam "dodatkowego bagażu". Magda uważała, że jest to zbyt brutalna metoda, a ona nie chce się kojarzyć Dagowi z kratami. Ostatecznie więc szczeniak wylądował w jej troskliwych ramionach. Następnie wygasiły ognisko i prowizorycznie zatarły ślady obozowiska. Zaczął się kolejny wieczór wędrówki.



Szczęśliwie dobra pogoda utrzymywała się, pomimo że na zdobywanych szczytach i mijanych równiach wiał lodowaty, przenikliwy wiatr. Tym razem szły wolniej i nie dało się ukryć, że w dużej mierze była to wina nowego towarzysza podróży, który co kilka godzin budził się i piskiem domagał się pożywienia. W dodatku Ula musiała iść pod rękę z Magdą, żeby chronić ją przed upadkiem. Wywołało to kolejną kłótnię między tą ostatnią a Dagmarą. Szczęśliwie przewodniczka odnajdywała coraz więcej wymienionych przez rodziców punktów orientacyjnych, co pozwalało się domyślać, że przejście jest już niedaleko. Na widok łatwej do rozpoznania góry, przypominającej płasko ścięty, rozdwojony stożek, dziewczyna roześmiała się radośnie.
- Widzicie to dziwadło? Dojdziemy do jej stóp nad ranem. Tam zaczyna się Południowy Korytarz.
Na tę wiadomość wszystkie poczuły przypływ energii i raźniej ruszyły przed siebie. Dagna miała rację: nim słońce wstało, skryły się w cieniu góry. Dłuższą chwilę zajęło im odnalezienie wejścia, które najwyraźniej nie było zbyt często używane. Kiedy w końcu stanęły przed nisko sklepionym wejściem do ciemnego tunelu, poczuły się dziwnie uroczyście.
- Ktoś ma ochotę się wycofać? Zawsze jeszcze możecie wrócić do domu. - warknęła Dagna i jak zwykle udało jej się zniszczyć nastrój.
- Sama sobie wracaj! Idziemy. - odpowiedziała Magda. Zapaliła przygotowaną wcześniej pochodnię i pierwsza zeszła pod ziemię. Pozostałe dziewczyny szybko udały się w jej ślady. Nie pokonały jednak więcej niż pięćdziesiąt metrów, gdy drogę zagrodziło im sięgające sufitu, skalne osypisko. Próbowały się na nie wspinać, ale na górze nie było najmniejszej nawet szparki, przez którą mogłyby się przecisnąć. Próba odrzucenia kamieni też zakończyła się fiaskiem.
- Fajnie. Bardzo, bardzo fajnie - powiedziała Magda, a głos jej drżał - wygląda na to, że wracamy do domu.
[komentarzy 0] Komentuj









~Świt...














Lay by Undomiel from Szablony Undomiel
Picture by Linda Bergkvist